sobota, 27 grudnia 2014

Michael Ende "Momo, czyli osobliwa historia o złodziejach czasu i dziecku, które zwróciło ludziom skradziony im czas"


Dojrzały czytelnik jest w o tyle lepszej sytuacji od czytelnika dziecięcego, i nie mam tu na myśli tylko wieku ale również stan umysłu, że z powodzeniem i przyjemnością może czytać również literaturę dziecięcą. Często bywa tak, że w dorosłym życiu sięgamy po naszą ulubioną książkę z dzieciństwa i, pod pretekstem czytania własnemu dziecku, toniemy w niej bez reszty. Tak właśnie było z Momo. Co prawda w dzieciństwie namiętnie zasłuchiwałem się w słuchowisku radiowym pod tym samym tytułem, a w postaci papierowej natrafiłem na tę piękną baśń dopiero w tym roku. Nie zmienia to jednak faktu że po raz drugi zakochałem się w tej historii, odnajdując w niej wiele szczegółów niezauważalnych dla małego chłopca. 

Momo, czyli osobliwa historia o złodziejach czasu i dziecku, które zwróciło ludziom skradziony im czas, jak sam tytuł wskazuje, jest opowieścią o małej i dzielnej dziewczynce, która ratuje świat. Historia w niczym nie podobna do dzisiejszych plastikowych papek o dziecięcych super bohaterach, serwowanych naszym pociechom na każdym kroku. Momo nie posiada żadnych mocy, nie jest nieśmiertelna, nie ma żadnej broni, nie ma nawet prawdziwego domu i rodziny. Jedyne co posiada to przeogromne serce, w którym znajdzie się miejsce dla każdego, bogatą wyobraźnię, wiarę w dobro i w ludzi oraz nieskończone pokłady czasu, który jest w stanie zaofiarować każdemu. Dziewczynka żyje sobie spokojnie w starych ruinach, otoczona wianuszkiem przyjaciół, rówieśników i dorosłych. Pewnego dnia zostaje jednak sama. Nagle okazuje się że nikt nie ma dla niej czasu. Wszystko to jest sprawką Szarych Panów, którzy pojawiają się nie wiadomo skąd, i zabierają ludziom czas. Mała Momo, odporna na ich bełkotliwe gadki, godne najlepszych pracowników banków, staje się dla nich zagrożeniem, które należy usunąć. Przerażona i osamotniona Momo znajduje wsparcie w żółwicy Kasjopei, przewidującej przyszłość na pół godziny w przód. Drugim sprzymierzeńcem jest zarządca czasu Mistrz Secundus Minutius Hora. 

Piękna i wciągająca bajka, odpowiednia dla czytelnika w każdym wieku. Napisana być może trochę zbyt prostym językiem, podsuwam nam prawdę tak oczywistą, że łatwo ją przeoczyć. Czas spędzony z bliskimi osobami, czas poświęcony komuś, a nawet czas przeznaczony na drobne przyjemności jest naszym skarbem, jest bezcenny i niezbędny dla życia.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Zimowa opowieść" w pierwszy dzień zimy



Zimową opowieść przeczytałem pod koniec poprzedniej zimy, w pierwszym kwartale tego roku. Zawsze miałem słabość do powieści z wątkiem miłosnym, a gdy łączy się z elementami fantastyki, wpadam jak śliwka w bigos. Premiera Zimowej w polskim przekładzie zbiegła się z premierą filmu i było trochę głośno o powieści. Ogólny zarys fabuły i urokliwa okładka kusiły mnie długo i w końcu skusiły. 

Co za fantastyczna książka! Takie było moje pierwsze wrażenie. Ten język, opisy, postacie, krajobrazy, akcja, trochę jak ze snu, trochę jak u Dickensa. Cudownie się czytało. Strona za stroną znikała niepostrzeżenie. Pierwszy z momentów kulminacyjnych, scena na moście, wywoła przejściową gorączkę i konieczność odłożenia Helprina na bok. Być może to był błąd. Może trzeba było iść za ciosem, i z wypiekami na twarzy czytać dalej i tak siłą rozpędu gładko dojść do końca. Nie ma co gdybać. Nie zrobiłem tak, i gdy po kilkudniowej przerwie powróciłem do lektury, nie byłem już w stanie jej dalej strawić. Realizm magiczny w wykonaniu amerykańskiego pisarza jest męczący i trochę śmieszny. Tabuny postaci, nawymyślanych zupełnie niepotrzebnie, utrudniają połapanie się w całości, kto jest kim i z kim, i jeszcze dlaczego, oraz kiedy. Tak naprawdę nic tu nie jest ani realne, ani magiczne, tylko naciągane i szyte grubymi nićmi. Irytuje zwłaszcza wielka, kochająca się i szczęśliwa rodzina, jaką tworzą członkowie redakcji, ludzie którym zawsze  wszystko się udaje odkąd spotkali na swojej drodze redaktora naczelnego, niemal boga.

Przypinanie Opowieści łatki arcydzieła literatury amerykańskiej jest nie tylko przesadą, ale też ogromną krzywdą w stosunku do tych twórców, którzy w przeciwieństwie do Marka Helprina byli lub są naprawdę wielkimi pisarzami, mieli coś ważnego do przekazania i zrobili to w piękny sposób. W prozie Helprina, przynajmniej tej niewielkiej próbce, nie ma nic wartościowego. Zwykła książeczka do kanapki rano, czy kotleta w południe. Naprawdę dziwią mnie zachwyty wygłaszane na jej temat. No chyba że jest się Dorotą Wellman, i głupieje się po przeczytaniu czegoś więcej poza scenariuszem kolejnego odcinka Dzień Dobry TVN.

sobota, 20 grudnia 2014

Irvin Shaw, autor zapomniany



Irwin Shaw jest w Polsce już chyba trochę zapomnianym pisarzem. Jeśli się mylę to proszę wyprowadzić mnie z błędu. Głośny kiedyś serial  Pogoda dla bogaczy, na podstawie powieści tego Pana przyniósł także popularność jego książkom. Dzisiaj próżno szukać ich po księgarniach, a wielka to szkoda, gdyż to jeden z lepszych pisarzy amerykańskich.

Przyszedł na świat 27 lutego 1913 roku jako Irwin Shamforoff w południowym Bronksie, dzielnicy Nowego Jorku, w rodzinie żydowskich emigrantów z Rosji. Następnie rodzina przeprowadziła się do Brooklynu zmieniając na nazwisko na Shaw. Swoją przygodę z pisaniem Irwin rozpoczął już w  college'u, który ukończył, gdzie redagował szkolną gazetę. Rok po ukończeniu szkoły zajął się pisaniem scenariuszy, słuchowisk radiowych i sztuk teatralnych. Jego pierwsza sztuka została wystawiona w 1936 roku. Brał udział w II wojnie światowej, i te przeżycie posłużyły za kanwę jego debiutanckiej powieści Młode Lwy.  Po wojnie, oskarżony o sympatyzowanie z komunistami, znalazł się na czarnej liście. Wyemigrował do Europy, gdzie mieszkał przez blisko 25 lat. To właśnie na starym kontynencie powstały jego najlepsze dzieła. 

Dotychczas miałem przyjemność przeczytać Hotel Św. Augustyna (w oryginale Nightwork) oraz Wieczór w Bizancjum. Napisane lekko i przyjemnie, poruszają już nie tak lekkie i miłe tematy. W obydwu powieściach Shaw krytykuje amerykański styl życia, przedstawiając swoich rodaków jako ludzi pozbawionych zasad, często pustych i zachłannych. W Wieczorze w Bizancjum obrywa się  również i innym nacjom, ludziom filmu i kina. Shaw po mistrzowsku zawiązuje wątki fabularne, łącząc i mieszając je ze sobą w taki sposób że zakończenie w obydwu przypadkach były dla mnie zaskoczeniem. Spotkałem się z opinią iż słabą stroną jego utworów są właśnie zakończenia, za każdym razem miałkie i bez wyrazu. Nie mogę się z tym zgodzić. Irwin nie pisał kryminałów ani powieści sensacyjnych, zatem nie powinniśmy oczekiwać spektakularnych finałów niczym w filmach o Bondzie. Umiejętność zamknięcia fabuły w sposób naturalny, życiowy a przy tym zaskakujący to naprawdę duży plus. Kolejną zaletą jest wciągająca narracja, prowadzona w pierwszej osobie, co wzbudza sympatię do głównego bohatera. 

Irwin Shaw był nie tylko świetnym pisarzem, ale również wnikliwym obserwatorem życia i ludzi. Jego pierwsze publikacje pochodzą z lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku, a ostatnia powieść, Dopuszczalne straty, ukazała się w 1982 roku, więc ponad ćwierć wieku temu. Wciąż jednak pozostają aktualne i dają wiele do myślenia. Polecam jako dobrą rozrywkę jak i pożywną strawę dla ducha.

czwartek, 18 grudnia 2014

Patrick Modiano "Zagubiona dzielnica"


Laureat literackiej nagrody Nobla. Brzmi dumnie i bardzo poważnie. Przyznaję że niewielu noblistów miałem przyjemność czytać. Nie żeby nie było możliwości czy okazji. Obcując z tak utytułowanymi twórcami czuję się niepewnie, często nie mogąc pojąć cóż tak zafascynowało kapitułę by przyznać nagrodę. Po Zagubioną dzielnicę sięgnąłem jednak bez wahania. Leżała w księgarni i przyciągała mnie ku sobie. 

Nie żałuję że dałem się porwać powieści Modiano, dosłownie i w przenośni. Autor  operuje słowami i obrazami w taki sposób że ma się wrażenie iż jest się w miejscu które opisuje, widzimy i odczuwamy to samo co bohater. Wrażenie to spotęgowane jest sprytnym wybiegiem, jaki stosuje Patrick, traktując czytelnika jak kogoś kto bardzo dobrze zna Paryż. Skraca w ten sposób dystans między pisarzem a czytającym, pozwalając nam wziąć udział w historii, co prawda wciąż jako obserwator, ale siedzący przy sąsiednim stoliku w kawiarni.

Akcja powieści posuwa się niespiesznie do... tyłu. Im bliżej końca tym więcej poznajemy szczegółów historii która wydarzyła się wiele lat temu i skłoniła naszego bohatera do opuszczenia rodzinnych stron. Wyszukane towarzystwo, bogactwo, nocne kluby, przyjęcia i koktajle, odrobina dekadencji, fascynacja Femme Fatale i ciemne interesy, a wszystko to u schyłku pięknej epoki, którą bohaterowie wspominają z rozrzewnieniem. Leniwa, upalna teraźniejszość w mieście które kiedyś znał Ambrose Guise, a które teraz coraz mniej przypomina Paryż sprzed 20 lat, jest mniej realna od jego wspomnień. Gdy Ambrose wraz z podstarzałym sobowtórem Tintina przemierza opustoszałe nocą ulice w pogoni za samochodem widmo, bliżej jej do sennych majaków. 

Dzięki takim smaczkom, okraszonym poetycznym językiem i wszechobecną melancholią, banalna opowieść o znudzonych życiem celebrytach z morderstwem w tle nabiera kolorów i wyrazistości. Nie sztuką jest napisać bestselerową powieść na pasjonujący temat, ale zajmująco opisywać przeciętność.


niedziela, 14 grudnia 2014

Magdalena Tulli "Szum"


Trudno stwierdzić czy Szum to powieść, czy zbiór wspomnień, swego rodzaju rozliczenie się z przeszłością, przebaczenie, katharsis. W jednym i w drugim wypadku jest to utwór wyjątkowy, delikatny niczym figurka z chińskiej porcelany i jednocześnie niewyobrażalnie ciężki. Tak to już bywa ze wspomnieniami. 

Mamy tu do czynienia z kolejnym tytułem poruszającym problematykę wojny i traumy jaką była dla tych którzy ją przeżyli. Wyróżnia się jednak spośród wielu podobnych ujęciem tematu. Wojnę widzimy oczami dziecka a potem dorosłej kobiety, żyjącej wiele lat po jej zakończeniu. Wszędzie kręcą się martwi esesmani, w szkole uczy się dzieci pogardy dla zachodnich sąsiadów, mieszkających w nierealnym, potwornym miejscu, a odkrycie że Niemcy są prawdziwymi ludźmi jest szokiem.

W życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Każda przykrość która nas spotyka jest głęboko zakorzeniona w przeszłości, przekazywana z pokolenia na pokolenie. To co robimy w następstwie przykrych wydarzeń nie pozostaje bez echa, chociaż czasem jest ono tak ciche że wydaje się nam iż go niema. Koszmar jaki podczas wojny przeżyły matka narratorki i jej siostra, koszmar który miał miejsce na tym etapie życia który powinien być od nich wolny, w dzieciństwie, sprawił że na zawsze zgubiły drogę powrotną do tego co było wcześniej. Nie potrafiąc żyć normalnie, chowając się za murem pozorów, milcząc o tym o czym powinny był krzyczeć aż do zdarcia gardła, zatruwały same siebie oraz swoich bliskich. Próbują zapomnieć o tym co przeżyły podświadomie przerzuciły ciężar przeszłości na narratorkę, zamykając ją w niewygodnej szufladce i przypinając łatkę, niemal gwiazdę Dawida, tej złej i problematycznej. Mając władzę nad tym komu będzie lepiej a komu gorzej, wykluczając kogoś, odbierając wszelkie przywileje, można poczuć się na chwilę lepszym, silniejszym. Siostry zapomniały o tym, a może nigdy nie zostały tego nauczone, że łamiąc w kimś ducha kaleczymy też swojego własnego. 

Autorka opisuje również szarą codzienność, świat w którym każdy ma coś do ukrycia, czegoś się boi, przed czymś ucieka, a najlepszą obroną jest atak. Podkreśla to, czego być może niektórzy nie są wstanie zauważyć, że często gorsza od fizycznej jest przemoc psychiczna, słowna. Trudniej się bowiem przed nią obronić. Poznajemy szkolne realia sprzed kilku dekad, które  niewiele różnią się od współczesnych. Okrutne środowisko rówieśników, niczym dzikie zwierzęta pozbywające się ze stada słabszych, zbyt odstających od reszty osobników. Znerwicowani nauczyciele, przenoszący swoje osobiste problemy do szkoły, często odreagowujący niepowodzenia i frustracje na uczniach.

Szum jest książką bardzo osobistą. Nie tylko dla autorki, ale i dla czytelników. Każdy jest w stanie odnaleźć w niej fragmenty własnego życia, własnego szumu.

Za książkę bardzo dziękuję miesięcznikowi Modny Kraków  i dobrym książkom.

czwartek, 11 grudnia 2014

Cathy Marie Buchanan "Malowane dzięwczęta Degasa"


Dwie dziewczynki w strojach baletnic, siedzące na drewnianej ławie i jedna, stojąca tyłem, z pochyloną głową i obnażonym karkiem. Czerwone tło z fragmentem dekoracyjnej ramki, przypominającej sztukaterie z wnętrz dziewiętnastowiecznych kamienic. Tak wygląda okładka Malowanych dziewcząt Degasa. Jak nic to ckliwe romansidło. Można tak pomyśleć, bo cóż ciekawego można znaleźć w książce opowiadającej o dziewczętach uczących się w szkole baletowej? Przeczytawszy tę powieść po raz kolejny przekonałem się jak bardzo pozory mogą mylić, i że życie tancerek wcale nie jest takie piękne, a jeśli usłane kwiatami, to tylko różami, których kolce wbijają się w stopy. 

Rzecz dzieje się pod koniec XIX wieku w ubogiej dzielnicy Paryża. Bohaterkami są trzy siostry van Goethem i wiecznie pijana matka. Przedwcześnie dojrzała Antoinette, matkująca młodszym siostrom, zakompleksiona, nadwrażliwa i ciekawa świata Marie i najmłodsza, najładniejsza z sióstr i nieco rozpuszczona Charlotte. Marie i Charlotte dostają się do szkoły baletowej przy Paryskiej operze. Tam ma rozpocząć się ich wielka przygoda i szansa na lepsze życie. Początkowo właśnie tak jest. Śliczniutka faworytka obrywa po uszach od surowej nauczycieli, a niepewne siebie, brzydkie kaczątko niespodziewanie szybko zaczyna piąć się po szczeblach tanecznej kariery. Pojawiają się wielbiciel i pierwszy sponsor. Nieoczekiwanie jednak wszystko wymyka się spod kontroli. Starsza siostra, uwikłana w romans i kryminalną aferę zaniedbuje podopieczne, a Marie spada z piedestału prosto w rynsztok. 

Lawina wydarzeń zasypuje dziewczyny z takim impetem że przestajemy wierzyć w pozytywne zakończenie, w to że siostrom uda się wyjść z impasu w jakim się znalazły i odmienić swoje życie. Warto jednak czytać dalej by przekonać się jak bardzo człowiek jest w stanie upodlić samego siebie, byle tylko przetrwać kolejny dzień. Autorka porusza też inny bardzo ważny temat, relacji między ludzkich. Każdy z nas potrzebuje odrobiny uwagi i zainteresowania. Bez tego usychamy jak niepodlewany kwiatek w doniczce. W powieści przykładem tego jest sława która trwa tylko chwilę, ale i tak wystarczająco długo by Marie zachłysnęła się nią, oraz niemal chorobliwe uzależnienie Antoinette od kochanka. Buchanan udowadnia że każdy, nawet jeżeli temu zaprzecza, gdy tylko pojawia się szansa bycia wielbionym, sięga po nią bez wahania.

Autorka bardzo szczegółowo opisuje Paryż końca XIX wieku, zwyczaje i zasady rządzące światem baletnic. Z wyjaśnień na końcu książki dowiadujemy się że większość postaci istniała naprawdę, a towarzyszące im wydarzenia tylko częściowo są fikcją literacką. Świadomość że większość z tych okropności faktycznie miała kiedyś miejsce sprawia że nieprędko zapomina się o Dziewczętach. Nie powinno to jednak zniechęcać do lektury tej smutnej, ale mądrej historii. Dodatkową rekomendacją dla przyszłych czytelników niech będzie fakt że powieść ukazała się nakładem PWN.

wtorek, 9 grudnia 2014

Przemysław Skokowski "Autostopem przez życie"

Zima jeszcze się właściwie nie zaczęła, w kalendarzu mamy wciąż jesień, ale faktycznie już rozgościła się dookoła. Niestety w paskudnym wydaniu listopadowego nie wiadomo czego. Krótkie dnie, spędzane najczęściej w pracy, długie wieczory i noce. Spragnieni słońca i ciepła łatwo popadamy w przygnębienie a nawet depresję. Szczęśliwcy mogą żyć wspomnieniami udanych wakacji i planować kolejne. Podczas snucia takich planów świetną inspiracją będzie Autostopem przez życie  Przemysława Skokowskiego
Jest to dosyć obszerny fragment bloga pod tym samym tytułem, będący relacją z kilkumiesięcznej podróży, jaką Przemek odbył z Gdańska do Birmy. Całą trasę pokonał autostopem, przeważnie sam, czasem tylko wędrując w czyimś towarzystwie. Nocował u ludzi korzystających z portali typu couchsurfing, przygodnie poznanych tubylców lub w rozbijanym na dziko namiocie, a raz nawet w eleganckim hotelu i to całkowicie za darmo, a całość tej niesamowitej ekspedycji nie kosztowała wiele więcej niż wczasy wykupione w biurze podróży. Wydawałoby się że przemierzywszy 26 000 kilometrów, wędrując w głąb całkowicie odmiennych kulturowo rejonów świata, miejsc nie zawsze bezpiecznych, nie można wyjść z tego bez szwanku. Przemkowi się udało. Prawie, bo i jego nie ominęła przygoda rodem z filmu sensacyjnego w..... Ale nie będę niczego zdradzać. Sami przeczytajcie. Lekki, niewymuszony styl Przemka sprawia że Autostopem ... czyta się jednym tchem. Zapadasz się jak w bagno gdzieś na dalekim wschodzie i zanim się zorientujesz już jesteś hen daleko, wędrując przez Kazahstan, łapiąc stopa w Kirgistanie, odwiedzając nocy klub w Moskwie, pijąc herbatę w jurcie czy też podziwiając świątynie w Pagan. Ta książka pachnie, brzmi i smakuje Azją, latem, przygodą, radością. Dodaje sił i daje nadzieje na przyszłość. W końcu jeśli autorowi udało się spełnić swoje marzenie, to i może mi się uda?  Poproszę o więcej.

piątek, 5 grudnia 2014

John Galsworthy "Saga rodu Forsyte'ów"


Pisanie o tej powieści rzece przypomina wspinaczkę na K2 albo inny z morderczych szczytów, i trochę się tego obawiam, ale do odważnych świat należy. Trudno jest mierzyć się z dziełem które napisano prawie 100 lat temu, a które opowiada o jeszcze starszych czasach. Chociaż mój nauczyciel historii z liceum, którego nikt nie lubił, tylko lizusy udawały że jest inaczej, i którego serdecznie nie pozdrawiam, twierdził że to grafomania i literatura schodów kuchennych. Nigdy w niczym się z nim nie zgadzałem, a w szczególności w tym punkcie.

Jak sam tytuł wskazuje, jest to saga rodzinna, jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Trzy tomowa Saga rodu Forsyte'ów, opowiadająca o losach zamożnej londyńskiej rodziny na przestrzeni kilku dekad, to zaledwie część wielkiego cyklu, w którego skład wchodzi jeszcze trzy tomowy Koniec rozdziału, zbiór opowiadań Na giełdzie Forsyte'ów oraz również trzy tomowa Nowoczesna komedia. Ten ostatni cykl jest luźno powiązany z pozostałymi tytułami poprzez kilka głównych postaci z poprzednich części, które tutaj przewijają się na dalszym planie. W sumie ponad 100 lat historii. Przyznać trzeba że niezwykle fascynującej historii, która urzeka na kilku płaszczyznach. 

Przede wszystkim wątek główny, czyli familia Forsyte'ów. Budowa wielkiej fortuny i rozrastająca się z każdym pokoleniem rodzina. Przyjaźnie, miłości małe i duże, zatargi, zdrady i sekrety, ale też wielka siła rodziny. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, ale nie zawsze tak bywa. Czasem bliscy są nimi naprawdę i można na nich liczyć w ciężkich chwilach, nawet jeśli wcześniej samemu się ich zawiodło. Zabawnie jest obserwować podskakujące małe dziewczynki, przeradzające się w szalejące na przyjęciach podlotki, a potem stateczne matrony.

Oprócz tego mamy tutaj do czynienia z fantastycznym studium epoki która przeminęła bezpowrotnie. Opisy przyjęć, spotkań towarzyskich, zabaw, zwyczajów i zachowań. W każdym niemal zdaniu czuć wielki sentyment autora do świata dam i dżentelmenów, spacerów, powozów, aut przypominających karety, pięknych sukien i eleganckich fraków, który był jego teraźniejszością i nagle okazało się że nic już prawie z niego nie pozostało. Galsworthy pochwala to co piękne, honor, zasady moralne,  życie bliższe naturze i drugiemu człowiekowi. Nie szczędzi też słów krytyki wobec klasy społecznej do której należą jego bohaterowie, i z której sam się wywodzi. Im bliżej końca i czasów nam współczesnych, lat 20-ych i 30-ych XX wieku, tym więcej niestety krytycyzmu.

Cykl doczekał się kilku ekranizacji. Pierwsza z nich, That Forsyte Woman z 1949 roku, skupia się tylko na niewielkim fragmencie, wątku nieszczęśliwej miłości Soames'a Forstye i jego żony Irene. W 1967 roku nakręcono serial telewizyjny pod tytułem Saga rodu Forsyte'ów. Istny tasiemiec jak na tamte czasy, emitowany również w polskiej telewizji, tak jak i nowsza wersja z lat 2002 i 2003. Widziałem obydwa seriale i, chociaż ten nowy jest kolorowy i technicznie lepszy, nie może się równać ze starszą produkcją. 

Najlepsza pozostaje i tak książka. Nie jest to jednak lektura łatwa, i nie przypadnie do gustu tym, którzy oczekują wartkiego tępa i nagłych zwrotów akcji. Czas, jak to czas, raz ciągnie się niemiłosiernie, a raz pędzi jak odrzutowiec, przynosząc kolejnym Forsyteom radości, smutki, dramaty i miłostki, przeplatane zwykłą codziennością. I właśnie dlatego tak bardzo lubię tę powieść.

wtorek, 2 grudnia 2014

Do księgarni po zakupy

Tak sobie piszę o książkach starych i trochę nowszych, a rynek wydawniczy, pomimo tego że tak mało ludzi czyta, wciąż żyje, rozwija się i zmienia. Niestety spora część nowości w księgarniach to straszny chłam. Postaram się wyłuskać z tego to co przynajmniej na pierwszy rzut oka wydaje się być warte uwagi. 


Listopad zdecydowanie należał do tegorocznego noblisty, Patricka Modiano. Nakładem kilku wydawnictw ukazało się w polskim przekładzie aż siedem powieści autora. Od 1981 roku, kiedy to Czytelnik wydał Ulicę ciemnych sklepików, do chwili obecnej polscy czytelnicy nie mieli okazji poznać twórczości Modiano. Szkoda że rodzimi wydawcy skupiają się tylko i wyłącznie na tych autorach i tutułach, które na sto procent przyniosą duży zysk. Podejrzewam że gdyby nie nagroda nobla, pan Modiano jeszcze długo zalegałby gdzieś na półkach bibliotecznych w wydaniu sprzed 30 lat. Twórczość noblisty jest mi całkowicie obca, więc trudno mi polecać lub odradzać któryś z tytułów.  Warto chyba jednak przekonać się co tak urzekło kapitułę. Wkrótce na blogu moja recenzja  Zagubionej dzielnicy

Mario Vargas Llosa jest chyba znany wszystkim obcującym z kulturą, chociażby z filmu Ciotka Julia i skryba z Keanu Reevesem, Peterem Falkiem i Barbarą Hershey. Kolejna powieść peruwiańskiego pisarza, również laureata nagrody nobla, przenosi nas do gorącego Peru w sam środek misternie utkanej historii. Zdrada, zemsta, wielkie namiętności i wymyśleni przyjaciele pozwolą oderwać się od ciemnej, zimnej rzeczywistości końca roku. 

Każda kolejna historia opowiedziana przez Erica - Emmanuela Schmitta staje się bestselerem. W najnowszej książce autor porusza temat dzisiaj niemodny, traktowany po macoszemu. Zastanawia się nad różnicą pomiędzy miłością a czysto fizyczną namiętnością, i jak łatwo jest pomylić jedno z drugim. 

Eleanor Catton debiutuje na polskim rynku wydawniczym. Wszystko co lśni jest pierwszym przekładem jej powieści na język polski. Opasłe tomiszcze z okładką przyciągająca uwagę nawet z drugiego końca księgarni, to historia trochę z dzikiego zachodu, mamy bowiem do czynienia z
gorączką złota w latach 60-ych ubiegłego wieku, i odrobinę nawiązująca do mrocznych, europejskich kryminałów. Ludzie znikający bez śladu, nieprzytomna prostytutka, która próbowała odebrać sobie życie i wiele innych sekretów splata losy dwunastu mężczyzn w jedną, wciągającą i niepokojącą opowieść.

Zbliża się koniec 17 wieku. Młoda dziewczyna, Nella Oortman, przybywa do domu swojego męża, bogatego kupca. Świeżo poślubiona małżonka nie czuje się komfortowo w towarzystwie mrukliwej szwagierki i męża, który niema wcale się nią nie interesuje. Nella otrzymuje od niego domek dla lalek, będący wiernie oddaną repliką ich wspólnego domu. Wkrótce okazuje się że dokładność odwzorowania nie jest wynikiem kunsztu i precyzji artysty, a upozorowane scenki z życia domowników są zapowiedzią przerażających wydarzeń. Tak pokrótce można opisać fabułę Miniaturzystki Jassie Burton. Najprawdopodobniej czytadło, ale zapowiada się bardzo interesująco. 

Dla odmiany coś bardziej rzeczywistego. Autor, Piotr C., porusza temat jakości naszego życia. Życia w kraju poniekąd rozwijającym się, kraju dobrobytu i wygodnego życia. Czemu młodzi Polacy żyją od weekendu do weekendu, mają problemy ze snem, o czym tak naprawdę marzą panie w eleganckich garsonkach? I czy życie trwa naprawdę tylko dwa tygodnie w roku? Przygnębiające ale prawdziwe. Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedzi w książce pod tytułem Pokolenie Ikea.

Na koniec, zmęczeni paskudną codzienności i koszmarami czającymi się po kontach, zawsze można przenieść się do Paryża, gdzie oczami Edwarda Rutherfurda będziemy śledzić losy kilku pokoleń czterech rodzin. Możemy też udać się do Apteki Literackiej, gdzie otrzymamy książkę odpowiednią dla naszych problemów. Prowadzący księgarnię Jean Perdu od lat nie potrafi jednak pomóc sobie samemu, wciąż cierpiąc z powodu odejścia ukochanej kobiety.  Tajemnicę księgarza poznamy w powieści Lawendowy pokój.