czwartek, 29 stycznia 2015

Stephen Baxter, Terry Pratchett "Długa wojna"


Pewnego dnia, na pięknej, niczym nie skażonej łące materializuje się ciężarna dziewczyna. Jest w trakcie porodu, który przebiega bez większych komplikacji. Zaraz po wydaniu na świat dziecka, dziewczyna znika. Noworodek zostaje sam. Kilkanaście lat później chłopiec z ziemniaka i kilku drutów tworzy kroker, urządzenie umożliwiające przechodzenie do równoległej Ziemi. Sam posiada wrodzoną zdolność ku temu i nie potrzebuje urządzenia. O wynalazku jak i o chłopcu szybko staje się głośno. Ludzie masowo zaczynają przekraczać ze zniszczonej Ziemi do tej dziewiczej, równoległej. Jak się okazuje, jest ich niezwykle dużo i każda czymś różni się od Podstawowej. Niektóre światy dosyć znacznie odbiegają od tego znanego nam. Rozpoczyna się nowa era kolonizacji. Nie wszystkim się to podoba, są bowiem ludzie którzy nie mogą przekroczyć nawet z pomocą krokera. Wokół niespodziewanie powiększonego wszechświata i wszystkiego co z tym związane zaczynają narastać frustracje, sekty, domysły, wszystko co u słabych i ograniczonych prowadzić może do niebezpiecznych posunięć. W tym czasie ów chłopiec, Joshua, podróżuje przez kolejne warianty naszej planety na pokładzie sterowca, wraz z obrzydliwie bogatym domorosłym naukowcem, który w zasadzie jest powietrznym statkiem, oraz przygodnie napotkaną Sally, która tak jak on nie potrzebuje maszyny by przekraczać. 

Tak w skrócie wygląda początek nowego cyklu Terrego Pracheta i Stephena Baxtera. Wciągająca historia, napisana z rozmachem i odpowiednio dużą dawką humoru. Panowie autorzy postanowili tę intrygującą powieść rozciągnąć na kolejne tomy, co początkowo bardzo mnie ucieszyło, ale w rezultacie okazało się błędem. Długa Ziemia najlepiej prezentowała się pojedynczo i samodzielnie, bez ciągów dalszych. Cóż, mleko się już rozlało i część druga trafiła do księgarń.

Bolączką Długiej Wojny jest problem z którym boryka się większość kontynuacji książek czy też filmów. Jest nią wtórność i przegadanie. Niemal połowę pierwszego tomu zajmowały opisy światów, które zwiedza trio naszych bohaterów, przeplatane błyskotliwymi rozmowami między nimi. W części drugiej otrzymujemy to samo, tylko w mniejszej dawce i z udziałem innych osób. Twórcom tego uniwersum zabrakło kreatywności przy kreowaniu kolejnych światów i zaludniających je mieszkańców. Nowi bohaterowie są schematyczni i przewidywalni aż do bólu, jak synek Joshui, który oczywiście uwielbia grać w kosza i udawać komentatora sportowego, heroiczna żona i matka, która walczy o dobro świata ale przede wszystkim własnej rodziny, taka matka długoziemka, skorumpowani politycy o przenikliwych i ostrych jak brzytwa umysłach itd itp. Chwilami miałem wrażenie że ktoś mi podmienił książkę, podkładając którąś z wielu powieści Carda o nastoletnich mesjaszach, ich rodzinach i przyjaciołach, chociaż Terry i Stephen szybko rozwiewali moje obawy, wymyślając nieprawdopodobne i niemożliwe zwroty akcji, ze zmartwychwstaniem i skopiowaniem, łącznie z pamięcią i wspomnieniami, martwego mózgu włącznie.

Niedługo ukaże się polskie tłumaczenie trzeciego tomu, Długi Mars. Wspominałem o tym przed kilkoma dniami. Miałem zamiar przeczytać, ale z pewnością już tego nie zrobię. Długa Wojna zniesmaczyła mnie do tego stopnia że na najbliższe miesiące Pratchet i Baxter trafiają do pudełka z napisem NIE CZYTAĆ.

wtorek, 27 stycznia 2015

Post konkursowy !

 
Nadszedł czas na pierwszy konkurs, lub dokładniej pisząc rozdawnictwo. Do zdobycia jest jeden, używany, ale w dobry stanie egzemplarz opowiadań Haruki Murakami The Elephant Vanishes. Książka w języku angielskim. Żeby ją otrzymać należ polubić tego bloga na facebooku, zaprosić znajomych do polubienia, zostawić pod na facebooku pod wpisem o konkursie komentarz a na swojej stronie zamieścić link do tego "konkursu". Macie czas do piątku, do godziny 18:00. O wygranej poinformuję w wiadomości prywatnej.

Paweł Huelle "Mercedes - benz. Z listów do Hrabala"



Na wstępie muszę się przyznać że nie wiem jak ugryźć tego Mercedesa. Przez 137 stron tej nietuzinkowej prozy towarzyszył mi cały wachlarz sprzecznych uczuć. Poczynając od irytacji, przez kiełkujące znudzenie, na zaciekawieniu skończywszy. Przy czym irytacji i znudzenia było więcej niż zainteresowania.

Mercedes - Benz jest piątą w karierze pisarskiej Huelle książką, która ukazała się drukiem. Biorąc pod uwagę również tomik wierszy z 1994, mamy razem sześć publikacji na przestrzeni 14 lat. Autor miał więc naprawdę dużo czasu na to by wypracować swój własny, indywidualny styl, zwłaszcza że w tym czasie zapewne napisał znacznie więcej. W tej niewielkiej objętościowo próbce prozy pisarz zrobił jednak coś niewybaczalnego dla twórcy który swój debiut ma już dawno za sobą, mianowicie skopiował styl swojego starszego kolegi po fachu, Bohumila Hrabala. Nie jestem miłośnikiem tego typu twórczości, która kojarzy mi się z czymś nieco infantylnym i przaśnym, niecierpianym przeze mnie Szwejkiem i traumą z pierwszej w życiu kolonii, jeszcze w Czechosłowacji, gdzie pochorowałem się po zimnych niesmacznych knedlach. Hrabala czytałem tylko Pociągi pod specjalnym nadzorem, i to dosyć dawno temu, ale sposób pisania pana Pawła, słownictwo, niekończące się zdania, nawet nazwiska postaci, które bardziej przypominają czeskie,  wszystko pachnie na kilometr prozą Bohumila. 

Drugą rzeczą, która mnie drażni w tej książce jest główny wątek, wspomnienia o dziadkach narratora, zapewne samego Huelle, o których w bardzo kwiecisty sposób opowiada swojej instruktorce jazdy, pannie Ciwle. Z opowiadań tych wynika że przed wojną to się żyło z pazurem, eleganckim i błyszczącym jak laska angielskiego lorda. Ludzie byli weseli, pełni werwy, niezwykle inteligentni i odważni a wszelkie troski zazwyczaj omijały ich szerokim łukiem. Nasuwa się w tym momencie pytanie, jakim cudem w takim razie ci wszyscy inteligenci dopuścili do tego co się stało w 1939 roku i potem, po wojnie, bo pomiędzy samochodową pogonią za balonem pełniącym rolę lisa, wizytami u księcia takiego i owakiego, przejażdżkami z upierdliwymi ciotkami, przycinaniem róż, robieniem zdjęć itd. itp., musieli się chyba jeszcze czymś innym zajmować? Całe szczęście Huelle w porę opamiętuje się w głoszeniu tych peanów, i gdy w swojej opowieści dociera do okupacji i czasów późniejszych, nie jest już aż tak obrzydliwie różowo.

Literatura powinna budzić w czytelniku emocje, im bardziej skrajne tym lepiej. Powinna też ze sobą nieść coś więcej niż tylko przyjemność z czytania. Z lektury Mercedesa nie wyniosłem nic poza ogólnym pojęciem że z przedwojennymi modelami samochodów było masę roboty i praktycznie co 500 metrów na liczniku trzeba było jakąś ich część poddawać przeglądowi, wymieniać, czyścić, naprawiać. Jestem rozczarowany i odczuwam jak najbardziej zasłużony żal do autora tak fantastycznej powieści jak Weiser Dawidek. Jeżeli jakimś cudem Paweł Huelle przeczyta kiedyś tę recenzje, to bardzo Pana proszę, niech Pan pisze po swojemu.
 

sobota, 24 stycznia 2015

David Foenkinos "Nasze rozstania"


Trzeba wiele miłości , żeby przywdziać strój nowoczesnego superbohatera usiłującego ocalić z codzienności bicie serca.


Nie jestem wielkim znawcą literatury francuskiej, ani tym bardziej twórczości Davida Foenkinosa, ale gdyby ktoś kazał mi jednym zdaniem scharakteryzować jego prozę, ten cytat byłby idealny.

Nasze rozstania to druga powieść autora, którą miałem przyjemność czytać. Po Potencjale erotycznym mojej żony, nie wiedzieć czemu wyobrażałem sobie Davida jako wielkie, uśmiechnięte słoneczko, niczym z Teletubisiów, tylko dorosłe, puszczające do mnie oczko. Spodziewałem się że Rozstania będą  kolejną historią miłosną, ukazaną w leciutko skrzywionym zwierciadle, co ani trochę nie byłoby złe. Zostałem jednak bardzo mile zaskoczony, jest bowiem to powieść jak najbardziej na serio. Główny bohater, Franz, opowiada o swoich uczuciowych perypetiach i kobietach które pojawiały się i znikały w jego życiu. Uwagę skupia zwłaszcza na kochance Celine, żonie Iris oraz swojej największej miłości Alice, które są ze sobą nierozerwalnie związane. Jedna staje się przyczyną utraty drugiej, a trzecią poznaje dzięki właśnie tej stracie.

Burzliwy związek z Alice stanowi oś na której trzyma się cała fabuła. Przypomina mi to trochę Dzikie palmy  Faulknera, gdzie kochankowie oddają się namiętności i miłości, na przemian z niechęcią i nienawiścią do siebie, albo  Łuk Triumfalny Remarque'a, gdzie bohaterowie rozstają się i wracają do siebie niezliczoną ilość razy, dokładnie tak samo jak Alice i Fritz. 

David Foenkionos nie naśladuje jednak nikogo. Polski wydawca, z niezrozumiałych dla mnie powodów,  porównuje go do Murakamiego i Allena. Proza Foenkinosa jest świeża, oryginalna i bardzo charakterystyczna, w niczym nie przypomina twórczości wspomnianych panów. Pisarz płynie przez historię którą ma do opowiedzenia. Postacie i wydarzenia które opisuje są integralną częścią przedstawianego świata, a jego historie, wyłaniając się i niknąc w większej całości, nie mają początku ani końca. Autor z rzadka tylko skupia się na szczegółach, jak usta stworzone do wypowiadania spółgłosek, proste włosy czy krawat w grochy. Ważne, choć nie najważniejsze miejsce w jego twórczości zajmuje również życie społeczne, czy to rodzinne, wśród przyjaciół czy też w pracy. 

Nie sposób nie zgodzić się z Markiem Bukowskim, który zachęcając do lektury Naszych rozstań, pisze o niej jak o kuchni. Za francuskimi potrawami nie przepadam, ale faktycznie coś takiego jest w tej książce, że smakuje się jej najdrobniejszy fragment, i skojarzenia kulinarne są jak najbardziej trafne. Aż ma się ochotę wylizać po niej talerz, i tylko żal że tak szybko się kończy.

niedziela, 18 stycznia 2015

Markus Zusak "Posłaniec"



Kilka lat temu z wielką przyjemnością pochłonąłem powieść o tajemniczym tytule Złodziejka Książek. Poruszająca i piękna historia sprawiła że natychmiast zapragnąłem sięgnąć po kolejne tytuły autorstwa Markusa Zusaka. Bardzo szybko umożliwiło mi to wydawnictwo Nasza Księgarnia, wydając Posłańca, który światło dzienne ujrzał 3 lata wcześniej niż Złodziejka. Ja jednak z różnych powodów odkładałem lekturę  aż do teraz.

Markus Zusak ma swój własny, bardzo wyrazisty styl pisania, którego nie można pomylić z żadnym innym, i za to go cenię. Stosuje dużo równoważników zdań, krótkich, urwanych myśli, pojedynczych słów, które często mówią więcej niż całe akapity. Momentami staje się bardzo poetycki. Postacie Zusaka mówią słodkimi, blond słowami, słowami potykającymi się, lub też, gdy akurat milczą, z ich ust wylewa się cisza. Takich smaczków znajdziemy wiele. Wynajdywanie ich i zapamiętywanie sprawiło mi większą przyjemność niż śledzenie kolejnych przeżyć Eda.  

Głównym bohaterem i narratorem jest Ed Kennedy, typowy małomiasteczkowy przeciętniak, żeby nie napisać frajer. Pracuje jako taksówkarz, mieszka w domu z dykty, ma śmierdzącego psa, troje dziwacznych przyjaciół i matkę, która nieustanie go wyzywa i okazuje mu swoją dezaprobatę. Ed kocha się skrycie w swojej przyjaciółce i żyje z dnia na dzień, bez oczekiwań, bez planów, bez ambicji. Wszystko zmienia się pewnego dnia, gdy zupełnie przypadkiem powstrzymuje napad na bank. Gdy zamęt wokół tego wydarzenia i jego osoby zaczyna zanikać, Ed znajduje w swojej skrzynce na listy kopertę z asem i wypisanymi na nim adresami oraz godzinami. W ten sposób zostaje posłańcem, a dla niektórych również wybawcą. Po tej karcie pojawiają się następne, i nasz bohater musi się naprawdę sporo nagimnastykować, nieraz całkiem dosłownie, by odkryć do kogo jest adresowana wiadomość, jaka jest jej treść i by ją skutecznie doręczyć. Przez cały czas trwania misji Ed ani razu nie kwestionuje tego co robi, ani dlaczego to robi. Zastanawia go tylko kto za tym wszystkim stoi. Odpowiedź na to pytanie znajdziemy na końcu książki. Nie oczekujmy jednak że zagadka się wyjaśni. Pojawiają się natomiast kolejne pytania. Kim tak naprawdę jest osoba odpowiedzialna za to wszystko, skąd się wzięła i czemu wybrała właśnie Eda, skoro dookoła pełno jest ludzi jemu podobnych. Znika również specyficzna atmosfera z odrobiną magii i nierealności. Posłaniec ma potencjał, którego nie wykorzystano. Autor rozpoczyna z przytupem, ale kończy w banalny i trochę nudny sposób. Pozostaje lekki niedosyt i wrażenie że powieści nigdy tak naprawdę nie napisano do końca.





środa, 14 stycznia 2015

Nowości, nowości, nowości - subiektywny przegląd wydawniczych premier


Rok 2015 pod względem wydawniczych premier zapowiada się ciekawie, choć poznałem zaledwie ułamek tego co trafi na półki księgarń w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Osobiście najbardziej niecierpliwie wyczekiwałem najnowszego dzieła Joanny Bator. Wyspa łza, która miała premierę w dniu dzisiejszym, jest efektem podróży pisarki na Sir Lankę, oraz współpracy z fotografem Adamem Golcem. Można zatem spodziewać się prawdziwej uczty literackiej i fotograficznej. Mario Vargas Llosa i jego Cywilizacja spektaklu to artykuł rzeka, w którym noblista poddaje krytycznej analizie świat mediów. Terry Pratchett i Stephen Baxter częstują nas kolejną częścią nowego cyklu. Zachwycony pierwszym tomem, muszę nadrobić zaległości i przeczytać część drugą by móc sięgnąć po Długi Mars

Nie mam najlepszych wspomnień jeśli chodzi o twórczość laureatów Bookera, ale może warto dać im jeszcze jedną szansę i zapoznać się z twórczością jednego z nich, Johna Banville, uznawanego za najwybitniejszego pisarza anglojęzycznego. Jego powieść, Prawo do światła, ukarze się w lutym. Określany mianem następcy Marqueza, Juan Gabriel Vasquez, powraca do polskich czytelników z najnowszą, czwartą powieścią Reputacja. Chętnie poznam twórczość następcy mojego ulubionego powieściopisarza, a  w marcu dam się oczarować Javier Marías i jego nowej książce, Pisane życia.
Wielu ucieszy zapewne fakt iż w tym roku ukażą się polskie tłumaczenia nieznanych dotąd utworów dwóch legendarnych pisarzy. Mowa o Jamesie Joycie i Hotelu Finna oraz Milanie Kunderze i La fête de l’insignifiance. Ten pierwszy tytuł, a zwłaszcza akcja marketingowa w której wydawnictwo twierdzi iż są to odnalezione po 80 latach i dotychczas nieznane teksty autora, wywołał falę protestów wśród naukowców i badaczy. Wiadomo jedynie że jest to zbiór dziesięciu krótkich opowiadań, bajek i szkiców. Obydwaj autorzy są dla mnie niestrawni, i raczej nie zamierzam przekonać się czy coś zmieniło w tej materii, co oczywiście nie znaczy że nie są wielkimi literatami. 
Dla miłośników lżejszej literatury czerwiec zaowocuje Znalezione niekradzione Stephena Kinga.

Wybór bardzo subiektywny i nieostateczny. Z pewnością ten niewielki katalog książek będzie ewoluować. Coś z niego ubędzie, coś innego przybędzie. Bez zapoznania się z fragmentem książki, oraz zapachem śwież farby drukarskiej i nowości, nie potrafię stwierdzić czy dany tytuł naprawdę wart jest uwagi. A i to czasem bywa mylące.

niedziela, 11 stycznia 2015

Harper Lee "Zabić drozda"


Gdzieś w zakamarkach pamięci przechowuję kilka czarno białych kadrów z uśmiechniętą dziewczynką ostrzyżoną na chłopca i ubraną w ogrodniczki. Film Zabić drozda, miałem okazję oglądać już jakiś czas temu. Nie pamiętam nawet przy jakiej okazji. Oprócz tych kilku obrazków wiele z niego nie pozostało w pamięci.  Postanowiłem więc przypomnieć sobie tę historię, ale tym razem sięgając po literacki pierwowzór.    

Harper Lee w swoim długim życiu napisała tylko jedną powieść i kilka tekstów publicystycznych. Bez wątpienia jest jednak jedną z bardziej światłych amerykanek, ogniem który zapłonął w czasach straszliwego zacofania i ciemnoty trawiącej jej kraj. Dzisiaj historia Smyka i jej starszego brata Jema, dwójki przemądrzałych dzieciaków wychowywanych przez czarną służącą i starego ojca, może wydać się nudna. Psoty i figle, pierwsze przyjaźnie, sekrety, problemy w szkole. Znamy to z niejednego filmu i książki. Harper opisując wydarzenia, które najprawdopodobniej miały miejsce w rzeczywistości, włożyła w nie ogromną dawkę czułości i poczucia humoru, dzięki czemu Drozda czyta się z przyjemnością. Obserwujemy jak na przestrzeni kilku lat dwoje beztroskich urwisów zaczyna widzieć świat takim jakim jest naprawdę. Niepostrzeżenie zmieniają się, zaczynają dorastać. Może nieco zbyt szybko, gwałtownie, ale takie przecież bywa życie. 

Jako jeden z głównych wątków pani Lee wybrała temat który w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku wciąż mógł przysporzyć jej więcej wrogów niż przyjaciół. Sporą część akcji zajmuję proces czarnoskórego chłopaka oskarżonego o gwałt na białej dziewczynie. Finałowa rozprawa ciągnie się przez kilka rozdziałów, a reperkusje związane z procesem towarzyszą naszym bohaterom przed i długo po wydaniu wyroku. Autorka porusza problem równego traktowania czarnych i białych obywateli, i chwała jej za to. Relacja z rozprawy sądowej to niestety najsłabszy punkt w narracji. Ani trochę mnie nie poruszyła batalia jaką stoczył Atticus, ojciec Smyka i Jema, nie mówiąc już o przewidywalnym jej zakończeniu. 

Nieco rażąca może wydawać się też schematyczność w kreowaniu postaci. Dobry, nowoczesny ojciec o otwartym umyśle, słodkie urwisy o dobrych serduszkach, oschła ale kochająca czarna służąca, skostniała stara ciotka i nieprzebierająca w słowach sąsiadka. Czyż jednak historia i inne dzieła literackie, filmowe, nie pokazują że takie życie, w ciasnych  koleinach pozostawionych przez przodków było bolączką amerykańskiej prowincji u początków XX wieku? Zresztą chyba nie tylko mieszkańcy Stanów mieli z tym problem, który do dzisiaj w wielu miejscach jeszcze pokutuje.

O wiele ciekawsze wydały mi się pozostałe przygody młodych Finchów i ich kolegi Dilla Harrisa, którego pierwowzorem był Truman Capote, przyjaciel i sąsiad pisarki z czasów szkolnych. Odgrywanie przedstawień i przeczytanych opowiadań, liczne próby odkrycia sekretu tajemniczego i przerażającego sekretu sąsiada, Dzikiego Radleya, zabawne, bójki, ucieczki z domu. Na szczególną uwagę zasługują inteligentne, proste i wcale nie dziecinne komentarze, wypowiadane przez dzieciaki dotyczące otaczającej ich rzeczywistości. To według mnie największa zaleta tej książki. 




poniedziałek, 5 stycznia 2015

Podręcznik bycia dzieckiem, czyli "Weiser Dawidek" Pawła Huelle


Jak to jest możliwe by napisać książkę, która jednocześnie nią nie jest i jest trzema różnymi ? O to trzeba by zapytać Pawła Huelle, jednego z lepiej piszących rodzimych literatów, bo jak sam wielokrotnie podkreśla w swojej debiutanckiej powieści, wcale nie pisał książki.

Oprócz tego że Weiser Dawidek nie jest książką, jednocześnie skrywając w sobie zaczątki kolejnych dwóch nie książek, a jak się dobrze wczytać to i kilku więcej, to jest na dodatek okrągłą nie książką. Oczywiście tylko w przenośni.  Autor opowiadając o  pewnych upalnych wakacjach, dawno, dawno temu, krąży wokół jednego, konkretnego wydarzenia, to zbliżając się do niego, to oddalając. Dokładnie w taki sam sposób często działa nasza pamięć. Gdy usilnie staramy się przypomnieć sobie jakieś szczegóły, pamięć krąży dookoła, wyciągając co i rusz z zakamarków wspomnienia mniej lub bardziej związane z tym czego szukamy, w rezultacie naprowadzają naszego prywatnego archiwistę na ten fragment przeszłości, który jest nam aktualnie potrzebny.

W swojej debiutanckiej powieści Huelle przenosi nas w lata pięćdziesiąte minionego wieku, gdy pierwsze pokolenie powojenne małymi kroczkami zbliża się do wieku dojrzewania. Czasy to trudne, w których większość klepie biedę, i tylko nielicznych stać na takie luksusy jak prawdziwa skórzana piłka, radio czy też wyjazd na wakacje. Są to jednak rzeczy mało istotne gdy ma się dziesięć, dwanaście lat, rozsadza ciebie energia i radość z powodu wakacji, które wreszcie nadeszły, nawet jeśli wszystkie twoje plany wzięły w łeb. Jest przecież ON, tytułowy Weiser Dawidek, niezauważany i trzymający się dotąd z dala kolega z podwórka. Nagle okazuje się że "Dawid, Dawidek, Weiser jest żydek" zna się na wszystkim i potrafi zrobić takie rzeczy że chłopcom aż oczy bieleją z podziwu. Na dodatek ulubiona koleżanka staje w jego obronie i chodzi za nim krok w krok, a sam Dawidek skrywa skarb o którym marzy większość jego rówieśników. Jakby tego było mało świat staje nagle w obliczu zagłady. Plaże Bałtyku zaścielają tysiące martwych ryb, z nieba leje się żar, wszędzie panuje susza, ktoś widział kometę, kobiety szepczą po kątach, a ksiądz z ambony grzmi o karze Boskiej za grzechy.

Weiser Dawidek powinien być lekturą obowiązkową w szkole podstawowej. Bez zmiłuj się, bez bryków i streszczeń, każdy musiałby ją przeczytać, jeśli chciałby przejść do następnej klasy. Nie znam się może na wychowywaniu dzieci, swoich nie mam, a dwuletni kurs pedagogiczny dawno wywietrzał mi z głowy. Sam jednak byłem dzieckiem, i wspominając swoje dzieciństwo odnajduję w nim echa tamtych czasów, kiedy dzieci umiały jeszcze być dziećmi. Można było obyć się bez konsol, tabletów, komórek i super - hiper wielkich zestawów klocków lego. Najlepszą zabawką była twoja własna wyobraźnia i fantazja. Jeśli więc zależy wam na tym by wasze dzieci miały równie fajne dzieciństwo jak wy, po przeczytaniu Weisera, a gwarantuję że zajmie wam to góra dwa - trzy dni, pochowajcie wszystkie elektroniczne gadżety, piloty i wręczcie książkę swoim pociechom.

czwartek, 1 stycznia 2015

Eleanor Catton "Wszystko, co lśni"


eleanor catton wszystko co lśni

Pierwszy tegoroczny wpis dotyczy jeszcze minionego roku, i przeczytanej wczorajszego ranka książki Wszystko, co lśni autorstwa Eleaonor Catton. Odetchnąłem z ulgą gdy dobrnąłem do ostatniej strony. Dawno już żadna powieść tak mnie nie wymęczyła i zirytowała.

Zastanawiam się, nie po raz pierwszy, czym kierują się osoby przyznające nagrody literackie. Dla mnie, laika w tej materii, kryterium wyboru laureata powinien być kunszt pisarski, wartości jakie ze sobą niesie nagrodzony utwór i wreszcie treść. Mam wrażenie że kapituła Bookera nie ma ich wcale, ewentualnie ważna jest dla nich poczytność, liczba przekładów i sprzedanych egzemplarzy, a to w żadnej mierze nie świadczy o wartości utworu literackiego. Potwierdza to fakt iż Pani Catton w 2013 roku otrzymała za Wszystko, co lśni, za tę straszliwą cegłę, właśnie nagrodę Bookera (i 50 000 funtów!). W powieści  Eleonor nie ma nic, dosłownie nic wartościowego, przykuwającego uwagę zachwycającego czy chociażby czegoś co mogłoby wzbudzić niezdrową sensację. Pełno w niej natomiast dłużyzn, potwornych dłużyzn niczym w spaghetti westernach i nieustannych opowieści i opowieści w opowieściach, które zajmują większą część opasłego tomiszcza. Można odnieść wrażenie że mieszkańcy Hokitika nie robili nic innego poza spotykaniem się w dwoje i dyskutowaniem. Kiedy mieli zatem czas na poszukiwanie złota?


Intryga, którą pisarka starała się nakreślić bardzo misternie, ale jak wiadomo dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, trzyma się kupy na słowo honoru. Przede wszystkim nieprawdopodobne wydaje mi się to że zamieszani w historię ludzie z taką łatwością opowiadają nieznajomemu przybyszowi o swoim w niej udziale. Jeszcze mniej prawdopodobne jest to że ta cała hałastra przypadkowo spotyka się w małej mieścinie na końcu świata. Wszyscy bohaterowie, nie wyłączając z tego grona prostytutki i podstarzałych chińczyków, są przemądrzali i niesamowicie elokwentni, zawsze wiedzą co odpowiedzieć i jak odbić piłeczkę w słownej przepychance. Straszliwie razi tez nadużywanie przez licznych w książce mężczyzn, nawet przez duchownego,  słowa "dziwka" wobec Anny. Nie czytałem oryginału, więc nie potrafię stwierdzić czy to wina tłumacza, czy też pisarka ma ograniczone słownictwo. Mało porywająca fabuła, odpowiednia dla taniego czytadła, niepotrzebnie rozbudowana o nieudolne próby pogłębienia psychologicznego postaci, wieńczy finał miałki i bez wyrazu. Autorka chyba spała na zajęciach z kreatywnego pisania i powinna powtórzyć klasę. 

Zdecydowanie odradzam lekturę. Jest przecież tyle innych, naprawdę pięknych książek, które tylko czekają na to by zostać przeczytane. I właśnie takich tytułów życzę wszystkim w nowym, 2015 roku.