piątek, 20 stycznia 2017

Philipp Meyer "Syn"

O Philippie Meyerze można powiedzieć że jest Marquezem XXI wieku. Jego powieść, tak jak najbardziej znane dzieło kolumbijskiego noblisty, opowiada o samotności. Jej najgorszym rodzaju. Samotności zagnieżdżającej się w naszych sercach i umysłach.


Teksas opisywany przez Meyera, zaludniają tłumy ludzi. Biali, kolorowi, Indianie. Wszyscy, mniej lub bardziej są nieszczęśliwi. Najbliżsi temu stanu są czerwonoskórzy. Pozostali zagubieni w swoich traumach, oczekiwaniach i, co gorsza, w ambicjach, zamykają się w skorupach, odsuwając się jak najdalej od bliskich. Byle tylko ich nie skrzywdzić, albo nie zostać przez nich pokaleczonym. Tutaj również białych osadników przewyższają Indianie, którzy w byli bardzo blisko z krewnymi, ale także mocno przywiązani do reszty swojego szczepu.

Syn jest sagą rodzinną. Opowieścią o losach sześciu pokoleń teksańskiej rodziny. Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni blisko dwustu lat. Historię, nie tylko rodziny McCullough, ale też Stanów Zjednoczonych, Teksasu i Meksyku w szczególności, poznajemy oczami trzech przedstawicieli rodu. Eli McCullough, nestora rodu, pułkownika, jego prawnuczki Jeanne i syna Petera. Dokładnie w takiej kolejności. Autor pobawił się trochę formułą powieści rzeki, zaburzając jej chronologię. Początkowo wydaje się to być złym posunięciem. Można poczuć lekki zawrót głowy, dość mocno zniechęcający do dalszej lektury. Bardzo pomocne jest drzewo genealogiczne, bez którego przebrnąć przez pierwsze kilkadziesiąt stron byłoby jeszcze trudniej. Ten narracyjny chaos, w miarę zbliżania się do końca, zaczyna układać się w jedną całość. Wszystkie elementy układanki scalają się, a przyczyny i skutki postępowania bohaterów okazują się być zupełnie inne, niż wydawało się na początku. Meyer uświadamia nam w ten sposób jak łatwo oceniamy innych, nie znając szerszego kontekstu, faktycznych przyczyn i motywów postępowania. A to właśnie efekt tego że jesteśmy blisko siebie tylko ciałem, a i to nie zawsze, i nie rozmawiamy ze sobą.

Przez opisywane dzieje rodziny McCullough i mieszkańców pogranicza, autor zwraca uwagę czytelnika również na inny, istotny problem. Na kondycję ludzkiej natury. Z pokolenia na pokolenie obserwujemy degrengoladę charakterów, postaw, słabszą wytrzymałość fizyczną i psychiczną. Chociaż pojawiają się co jakiś czas silniejsze osobniki, jak chociażby Jeanne, to rasa ludzka nieuchronnie zmierza ku samozagładzie. Smutna, niepokojąca refleksja, ale niestety jest to jak najbardziej naturalny proces. Jak pokazują badania naukowców, każda populacja podlega takiemu samozniszczeniu gdy osiąga pewien poziom dobrobytu i bezpieczeństwa.

Pod względem prawdy historycznej trudno oceniać powieść Philippa Meyera, nie będąc przy tym specjalistą z historii Ameryki Południowej i Północnej. Większość z
nas historię obu Ameryk zna z kina, przefiltrowaną przez komercyjne sito. Historii ognistego pogranicza nie znamy prawie w ogóle. Mimo to, przedstawione w książce wydarzenia wydają się być wiarygodne. Nie obeszło się jednak bez pewnych uproszeń, które pojawiły się w wątku indiańskim. Meyer bardzo ciekawie opowiada o ich obyczajach, wierzeniach, relacjach panujących w szczepie Komanczów. Choć to tylko ułamek tej niezwykłej kultury, z pewnością bardzo zainteresuje wszystkich miłośników Winnetou. Z myślą o współczesnym, młodym czytelniku, pisarz obdarzył rdzennych mieszkańców Ameryki współczesną mową, ze szczególnym naciskiem na przekleństwa i wulgaryzmy. Meyer wyposażył też Komanczów w niezwykłą wiedzę anatomiczną. Fakt jej posiadania potwierdzaj chociażby preparowanie skór z upolowanych zwierząt. Nigdy jednak nie słyszano o tym by skalpowano w całości człowieka. Jakim więc cudem, Indianin postrzelony w nogę, rzuca tylko szybkie spojrzenie na ranę, po czym stwierdza że strzała minęła tętnicę? To jednak tylko drobne szczególiki, na które można, a nawet trzeba przymknąć oko.

Wszystkie zalety Syna nie są jednak w stanie wymazać pewnego rozczarowania. Z zapowiedzi wydawniczych można było wnioskować że będzie to ciekawa, porywająca, pasjonująca powieść. Ciekawa owszem jest, ale porwać się nie dałem, mimo usilnych prób wzniesienia się wraz z Meyerem w przestworza. Powieść jest miejscami za ciężka, wkradają się w nią dłużyzny. Jest jak współczesny człowiek, bez charakteru i werwy. Zamiast trafić na najwyższą z półek, bo potencjał naprawdę w niej jest, znalazła się gdzieś po środku regału. Syn ma szansę zostać jedną z tych powieści, których ekranizacja będzie lepsza od oryginału. 

2 komentarze:

  1. Hmmm... choć to nie do końca moje klimaty, to mam na nią ochotę, od kiedy zobaczyłam zapowiedź. Nie wiem, jakbym ją odebrała, ale to się okaże dopiero wtedy, kiedy przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O tej tętnicy świadczyć mógłby po prostu kolor krwi i szybkość z jaką człowiek się wykrwawia. Nie trzeba znać anatomii człowieka by taką rzecz wiedzieć, to może wynikać z obserwacji, nawet zwierząt. Inna sprawa to kwestia znajomości nazwy "tętnica".

    OdpowiedzUsuń