piątek, 6 stycznia 2017

Jordi Llobregat "Sekret Wesaliusza"

foto. internet
Są takie książki, które przekładamy i przekładamy w kolejce tytułów oczekujących na naszą uwagę i przeczytanie. Tak jak gdybyśmy podświadomie przeczuwali że obcowanie, że "to zła książka jest". Czasem jest to zupełny przypadek. Powieść okazuje się fantastyczną, a my możemy tylko pluć sobie w brodę, że tak długo zwlekaliśmy. Bywa jednak że faktycznie od pierwszego zetknięcia z książką, nie odbieramy tych literackich fluidów.


Fabuła Sekretu Wesaliusza zaskakuje typowością, wręcz podręcznikową konstrukcją typowego kryminału. Mamy tutaj skłóconego z ojcem syna, i rodzinną tragedię w pakiecie z mroczną tajemnicą, która doprowadziła do ostatecznego oddalenia się rodzica i potomka. Syn powraca w rodzinne strony, należy dodać że bardzo niechętnie, na pogrzeb ojca. Na miejscu okazuje się że zmarły prowadził własne śledztwo związane z serią makabrycznych morderstw, którego nie dokończył, najprawdopodobniej zamordowany. Syn czuje się zobowiązany do tego by pociągnąć śledztwo dalej, i odkryć kto uczynił go sierotą. Dodajmy do tego jeszcze dawną, nieszczęśliwą miłość, szubrawego konkurenta, i mamy niczym się niewyróżniającą, banalną historyjkę. Jordi Llobregat, chcąc dodać swojej powieści oryginalności, zaopatrzył ją w sporą dawkę makabry, u jednych wywołującej odruchy wymiotne, u innych niezdrowe podniecenie. I, z przykrością muszę stwierdzić, z przykrością tym większą, że miałem okazję poznać autora, świetnego, zabawnego mówcę, jest to jedyny atut Sekretu Wesaliusza.

Chociaż powieść nie jest napisana źle, to brakuje w niej tego czegoś, co porwałoby czytelnika. Konstrukcja książki przypomina stroje z epoki, jakie nosili ludzie z wyższych sfer. Wielowarstwowe, ciężkie, duszące i niewygodne. Co gorsza, w trakcie lektury okazuje się nagle, że ktoś jeszcze na to wszystko narzucił płaszcz i pelerynę, a od już wcześniej obecnych bluzek, koszul czy krawatów, nagle zaczynają odstawać koronki i inne skrawki materiałów, ciągnąc się za nami po ziemi. Skutkiem czego co i róż potykamy się, upadamy z okrzykiem „NIE CZYTAM DALEJ!”. Podnosimy się jednak, i kontynuujemy lekturę, z nadzieją na jakąś poprawę, na to że autor w końcu czymś zaskoczy, zaczaruje, porwie, że wreszcie wejdziemy w akcję, i jakaś więź emocjonalna połączy nas z którymś z bohaterów. Próżno.  Jedyne emocje, jakie Sekret Wesaliusza wzbudza w czytelniku, to znudzenie, , może nawet zmęczenie, i irytacja. Trudno tylko stwierdzić ku komu lub czemu tę irytację kierować. Ku postaciom, podejmującym idiotyczne decyzje, czy autorowi, wikłającemu swoich bohaterów w pozbawione sensu sytuacje, rodem z kostiumowych telenoweli, albo tanich horrorów.


Jordi Llobregat miał najwyraźniej wiele dobrych pomysłów na kilka kolejnych powieści. Coś go jednak podkusiło, i wszystko wykorzystał za jednym zamachem. Piękne słownictwo i poprawność gramatyczna, chociaż nie wiadomo na ile w tym przypadku to zasługa tłumacza, dobry pomysł to zbyt mało, by napisać ciekawą, wciągającą powieść. Sekretu Wesaliusza zdecydowanie nie powinni czytać ci, którzy pochłonęli „Cień wiatru”, wbrew temu co głoszą okładkowe blurb. Oba tytuły są jak niebo i ziemia. Porównywanie ich do siebie jest niedopuszczalne. Powieść będzie stratą czasu również dla pozostałych, którzy od twórczości Zafona i jemu podobnych trzymają się z dala. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz