niedziela, 30 listopada 2014

Czarodziejka z wyspy Księcia Edwarda


Przyznaję się bez bicia, a co tam. W dzieciństwie uwielbiałem tę czarodziejkę z wyspy Księcia Edwarda. I wcale się nie wstydzę faktu iż to literatura zaszufladkowana tylko i wyłącznie dla dziewcząt. Czytając kolejne powieści i tomy opowiadań, marzyłem że jestem jednym z jej bohaterów, mieszkam na pięknej farmie i przeżywam fantastyczne przygody. Cniło mi się idealne, dzieciństwo. Dzisiaj już wiem że takie właśnie miałem, a to co opisywała Montgomery to nic innego jak jej niespełnione marzenia i oczekiwania przeniesione na papier. Widzę też że szara rzeczywistość, która nie oszczędziła Maud, jest obecna niemal w każdej jej książce. Dobrze ukryta za pięknymi zadaniami i na zawsze utrwalonymi chwilami, ale jest. Sierota Ania, która przez całe lata błąkała się po ludziach jak niechciany mebel albo pies, jej opiekunka Maryla, która zmarnowała swoją szansę na miłość, kolejna sierota Emilka, liczne stare i zdziwaczałe panny, późniejsze obawy przed wojną, śmierć bliskich osób, a w ostatniej, wydanej kilka lat temu w Polsce powieści Ania z wyspy Księcia Edwarda, także otwarta niechęć wobec uwielbianych przez miliony czytelników postaci.

Lucy Maud Montgomery nie miała łatwego życia. Gdy miała kilka lat zmarła jej matka. Bardzo szybko ojciec ożenił się ponownie, a macocha, spodziewająca się dziecka, nie chciała widzieć małej Lucy. Odesłano ją do dziadków, pary zgorzkniałych, oschłych i niesympatycznych ludzi. Kolejne lata, opisywane przez przyszłą pisarkę w dzienniku, przepełnione są tęsknotą za ojcem, ale jednocześnie bardzo przypominają jej prozę. Mała dziewczynka, potem panienka aż wreszcie młoda kobieta uciekała w świat fantazji, znajomych, spotkań towarzyskich, do siostry swojej matki Annie Macneill Campbell. Oddawała się też namiętnościom, w tym również tym szczególnym. Zaręczona z kuzynem, wdała się w romans z miłością swego życia, prostym farmerze Hermanie Leard. Była o krok od porzucenia dla niego wszystkiego. Niestety śmierć dziadka i rodzinne obowiązki sprawiły że nigdy więcej nie spotkała ukochanego, a zaręczyny z kuzynem zerwała. Po kilkunastu latach wyszła za mąż, bardziej z rozsądku niż z miłości, za pastora Evana MacDonalda, któremu urodziła trzech synów. Mało kto wie że przez większą część życia pisarka cierpiała na ciężką i przewlekłą depresję. Wpływ na to miały przeżycia z dzieciństwa, śmierć synka, tęsknota za rodzinną wyspą i zapewne nie do końca udane małżeństwo.

Po więcej szczegółów z życia pisarki zapraszam do lektury Maud z wyspy Księcia Edwarda autorstwa Mollie Gillen i po pamiętniki pisarki

sobota, 29 listopada 2014

Weź ciepłą czapkę, opatul się szalikiem, załóż kurtkę i idź na spacer

Gdy zacząłem pisać tego bloga powziąłem postanowienie, nigdy więcej nie porzucę książki w połowie. Nawet jeśli będzie beznadziejnie napisana, głupia i nudna, przeczytam do końca by móc potem skrytykować ją na blogu. Z żalem muszę przyznać że postanowienia nie wykonałem. Starałem się bardzo, ale było to ponad moje siły. W przeciągu tygodnia odłożyłem na bok, nie doczytawszy nawet do 1/3, dwie powieści. 


Pierwszą z nich jest Szmaragdowa Tablica autorstwa Carli Montero. Po tegorocznych wakacjach uwielbiam wszystko co włoskie, a że na naszym rynku wydawniczym literatury z półwyspu iberyjskiego jest tyle co kot napłakał, sięgnąłem po nią zachłannie. Początek był rewelacyjny. Piętnasty wiek, Florencja, Wenecja, Medyceusze, początkujący młody malarz i starożytna tajemnica. Wszystko opisane językiem bardzo zbliżonym do tego jaki sposób mówiło się 500 lat temu. Opowieść nagle urywa się i zostajemy przeniesieni kilkaset lat w przód, do Wilczego Szańca, gdzie Furer właśnie zakończył jakieś bardzo ważne spotkania. Pozostając sam w pokoju, otwiera teczkę z jeszcze ważniejszym listem i raportem z Berlina. Siadając w fotelu by przeczytać dokumenty, kładzie nogi na biurku, a w trakcie lektury uśmiecha się pod wąsem. Uśmiechający się Hitler? Zapewne to robił, ale większości ludzi kojarzy się raczej z zaciętym wyrazem twarzy, pokrzykiwaniami itd. itp Ja w każdym razie nie potrafię sobie tego wyobrazić. A te nogi na stole ? Co z niemieckim umiłowaniem porządku? No dobrze, przełknąłem to i czytałem dalej. Znów skok w czasie. Jesteśmy mniej więcej tu i teraz, w ekskluzywnej włoskiej restauracji. Narratorką i główną bohaterką jest młoda, i zapewne piękna kobieta (tego nie jestem pewien bo dalej nie czytałem, ale w takich utworach zawsze są piękne kobiety), której towarzyszy sporo starszy, ale bardzo zadbany, przystojny i w formie jakiej pozazdrościliby mu dwudziestolatkowie, mężczyzna. Kobieta delektuje się bajecznym deserem, a mężczyzna ponagla ją, bo chce jej pokazać jakiś bardzo stary i cenny papier, i boi się że go zachlapie czekoladą... W tym momencie poddałem się, spodziewając się kolejnej wariacji Kodu Leonarda. Nie mam nic przeciwko takiej literaturze, ale po przeczytaniu kilku podobnych powieści, mam ich po dziurki w nosie. Poza tym, kto normalny, a już na pewno nie znawca, kolekcjoner czy naukowiec, przynosi cenny i kruchy dokument do restauracji? Papier jest bardzo nietrwały i podatny na zniszczenia. Stare księgi chroni się przed światłem i wieloma innymi szkodliwymi czynnikami, w tym przede wszystkim dotykiem ludzkich dłoni. Nie pamiętam dokładnie o co chodzi, ale ma to coś wspólnego z kwasowatością papieru. Zdecydowanie szkoda czasu na wypociny pani Carli


Druga, niedoczytana powieść to Wyznaję Jaume Cabre. Jest coś pociągającego w literaturze iberyjskiej. Sięgam po nią często. Niestety zazwyczaj okazuje się być za trudna dla mnie, zwykłego czytacza i połykacza słowa pisanego. W tym przypadku również tak było. Jaume okrutnie obchodzi się z czytelnikiem, łamiąc wszelkie zasady kompozycji utworu, narracji i chronologii. W jednym akapicie zmienia sposób narracji z pierwszej osoby na bezosobową, przeskakuje o dziesięciolecia i stulecia w przeszłość, by na chwilę powrócić do teraźniejszości. Trudno jest zorientować się kto jest kim i z jakiego powodu pojawia się w wyznaniu, jakie stary człowiek kieruje do bliżej nieokreślonej kobiety. Dzięki tym zabiegom można poczuć się zagubionym, zmęczonym i wreszcie zniechęconym. Zdecydowanie nie jest to książka na którą szkoda czasu, ale przypadnie do gustu bardzo wąskiemu gronu.

Najlepiej wziąć ciepłą czapkę, opatulić się szalikiem, założyć kurtkę i iść na spacer. Potem zrobić sobie herbatki i zasiąść w fotelu z kolejną książką.

środa, 26 listopada 2014

Susanne Clarke "Jonathan Strange i Pan Norell"


Trzytomowe dziełko brytyjskiej pisarki, Susanne Clarke, jest jak śnieżna kulka rzucona ze szczytu wysokiej góry. Upada na ziemię i toczy się, stając się coraz większą i bardziej niebezpieczną. Początek pierwszego tomu  może być trochę nudny dla miłośników gatunku. Jak na powieść fantasy dosyć długo nie dzieje się nic fantastycznego ani magicznego. Co prawda mamy do czynienia z całą bandą magów, ale są to magowie stricte brytyjscy, bardziej naukowcy teoretycy od magi. Panowie magowie zbierają się w bibliotece i dyskutują na tematy magii i czarów. Broń Boże nie wolno jej uprawiać. To nie przystoi prawdziwemu dżentelmenowi. Wśród znakomitego towarzystwa ogromną popularnością i szacunkiem cieszy się Pan Norell, mag o ogromnej wiedzy i zagorzały przeciwnik praktyk czarnoksięskich. Jest poważany nie tylko przez kolegów po fachu, ale również przez zwykłych mieszkańców Londynu. Zapraszany na obiady, bankiety i bale bryluje w towarzystwie. Pewnego dnia pojawia się nowy mag, młody Jonathan Strange. Początkowo niewiele wie na ten temat, ale jest rządny wiedzy i ma chłonny umysł. Szybko zyskuje przyjaźń Pana Norella, od którego wiele się uczy. Nadchodzi w końcu moment, w którym Jonathan postanawia sprawdzić to czego się nauczył w praktyce. Błyskawicznie staje się osobą najbardziej pożądaną w dziewiętnastowiecznej londyńskiej śmietance towarzyskiej i otrzymuje posadę głównego maga w armii. Jak można łatwo się domyśleć, przyjaźń pomiędzy magami przeradza się w rywalizację. 

Z każdym rozdziałem zapadamy się coraz głębiej w bagno, jakim okazuje się być magia praktyczna. Poznajemy elfy, mroczne, niemal pozbawione uczuć, samolubne i dumne istoty, które nienawidzą ludzi, zmuszających ich czarami do posłuszeństwa. Dowiadujemy się też co tak naprawdę kieruje Panem Norellem, i dlaczego jak ognia unika rzucania zaklęć. Klimat powieści z zabawnego pastiszu nie wiadomo kiedy przeradza się w mroczną, ciężką i przyprawiającą o dreszcze powieść, od której nie sposób się oderwać.

Jonathan Strange i Pan Norell to naprawdę świetna fantastyka. W skali od 1 do 10 zdecydowanie 10 +, przy czym taką samą punktację przyznaję twórczości Gaimana. Kto zna i lubi tego pan już powinien biec do najbliższej księgarni albo biblioteki.Pozostali muszą uwierzyć mi na słowo. Warto.

wtorek, 25 listopada 2014

Erich Segal "Absolwenci"



Pamiętacie znany, obsypany nagrodami wyciskacz łez Love story, z Ali MacGraw i Ryanem O'Nealem, z niesamowitą muzyką Francisa Lai? Ekranizacja jednej z najbardziej znanych powieści dzisiejszego bohatera, Ericha Segala. Nie o tym tytule mam zamiar dzisiaj napisać, chociaż i o nim należałoby wspomnieć. Innym razem. Dzisiaj skupiam się na Absolwentach

Harvard, jeden z Amerykańskich mitów. Uczelnia którą ukończyły największe znakomitości U.S.A. i nie tylko. Marzenie setek młodych ludzi, czy może raczej ich rodziców, dla wielu niedoścignione, snobistyczne, elitarne miejsce.  Dyplom Harvardu otwiera wiele drzwi, by pozamykać inne. O tej uczelni, a właściwie jej studentach, potem absolwentach opowiada nam Segal. Poznajemy pięciu młodych ludzi, wśród których niektórzy nie mieli  wiele do powiedzenia przy wyborze wyższej uczelni. W murach tej samej alma mater studiowali ich ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie. Dla innych była to nagroda pocieszenia, gdy z racji pochodzenia nie przyjęto ich na wymarzony uniwersytet, a dla niektórych wymarzony raj, brama do lepszego, zachodniego świata. Nasi bohaterowie to genialni muzycy, polityczni uchodźcy z komunistycznych Węgier, zapaleni naukowcy, sportsmeni. Każdy z nich ma swoje wyobrażenia o przyszłym życiu i karierze. Tak jak każdy młody człowiek wierzą w to że zmienią świat. Bardzo szybko po zakończeniu studiów okazuje się jak bardzo ich plany i wyobrażenia mijają się rzeczywistością. 

Przez 30 lat śledzimy ich wzloty i upadki. Obserwujemy rozwijające się uczucia, zabijane potem przez pęd ku karierze, zaprzepaszczone szanse, okrutny showbiznes, który jest w stanie zniszczyć najpiękniejszą przyjaźń, ale też wielką, prawdziwą miłość, do odkrytej na nowo ojczyzny przodków, nie tylko do drugiego człowieka, wielkie bohaterstwo i poświęcenie. Tytułowi absolwenci popełniają błędy jak wszyscy, zwykli śmiertelnicy, którym nie dane było ukończyć najlepszej na świecie uczelni. Ich perypetiom towarzyszy wielka polityka i historia, szczegółowo opisująca fakty których czasem na próżno szukać w podręcznikach. W powieści znajdziemy również dość ważny wątek polski - Zbigniewa Brzezińskiego.

Pierwsze strony powieści mogą zniechęcić do czytania, bowiem sposób prowadzenia narracji przypomina trochę ten znany z Gry o tron. Pojawiający się co chwila nowi bohaterowie sprawiają że można się pogubić w tym kto z kim i dlaczego. Przebrnąwszy jednak przez początek szybko można się wczuć w akcję, a to co wcześniej przeszkadzało staje się nawet atutem. Segal opisuje niektóre wydarzenia z perspektywy kolegów i koleżanek danej postaci, którzy słyszeli, widzieli, czytali o tym czy o tamtym znajomym ze studiów.  

Erich Segal to jeden z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy XX wieku. Jego powieści długo nie schodziły z pierwszych miejsc bestsellerów. W prostych wydawałoby się historiach, ukrywa fundamentalne prawdy, albo odkrywa to czym amerykanie nie lubią się chwalić. Wszystkie jego dzieła, nie tylko Absolwenci, zasługują na to by je przeczytać.

piątek, 21 listopada 2014

David Foenkinos "Potencjał erotyczny mojej żony"


Od jakiegoś czasu mam smak na francuszczyznę. Nie na przeraźliwie śmierdzące sery bez smaku, żabie udka i ślimaki, ale na francuskie powieści. Może to odrobinę snobistyczne, ale miło jest napisać o sobie, albo powiedzieć komuś że lubi się francuskie powieści. Zainspirowany uroczym filmem Delikatoność, z Audrey Tautou, na podstawie książki Davida Foenkinosa, postanowiłem poznać bliżej jego prozę. Delikatność już znałem, więc nie pozostało nic innego jak rozejrzeć się za innymi tytułami pióra francuza. O wyborze zadecydowała okładka, na której ciemnowłosa kobieta w czerwonej sukience myje okno, czyli Potencjał erotyczny mojej żony

Od dawna nie miałem w rękach nowiutkiej, świeżutkiej, pachnącej, jeszcze przez nikogo nie czytanej książki. Celebrowałem więc chwilę gdy odginając okładkę zostawię nieodwracalny ślad, tak jak gdybym odbierał jej dziewictwo. W końcu, niezrażony nawet faktem iż autor uwielbia Gombrowicza, którego ja nie znoszę, zatopiłem się w pierwszej stronie, a chwilę potem poczułem że się czerwienię, oczarowany pisarstwem Davida. Jego styl jest jak niezwykle barwny obraz. Zdania przypominają pociągnięcia pędzlem, niemal widać odcisk włosia, a akapity kipią barwami i zaskakują odcieniami.

O czym jest Potencjał erotyczny mojej żony? Oczywiście o potencjale erotycznym żony głównego bohatera, Hektora, ale nie tylko. Hektor ma problem. Jest uzależniony od zbierania czegokolwiek, znaczków, patyczków, odznak, przysłów... Kolekcjonerstwo ma na celu wypełnić jego puste życie, z czego Hektor świetnie zdaje sobie sprawę. Postanawia więc wyleczyć się ze zbieractwa, zaczynając od niewłaściwej terapii, która wywróci jego życie do góry nogami. Nasz kolekcjoner spotka wiele przedziwnych postaci, jak na przykład dwóch polaków kolekcjonujących .... polaków występujących parami w powieściach, mężczyznę zbierającego chwile w których się stoi, mistrza kolarskiego, zdobędzie też przyjaciół, a co najważniejsze spotka swoją żonę. Całość historii Hektora ukazana jest ze sporym dystansem i przymrużeniem oka, dzięki czemu nawet w smutnych momentach czytelnika nie opuszcza dobry nastrój.

Oprócz opowiadania na prawo i lewo że lubi się francuską prozę, chciałoby się też powiedzieć tu i tam "moja żona", "moja żona to", "moja żona tamto", "moja żona i ja" itd. itp, tak jak Hektor, który delektował się faktem posiadania żony. I tym małżeńskim akcentem zakończę dzisiejszy post.

środa, 19 listopada 2014

Douglas Coupland, współczesny Kurt Vonnegut


Miałem zamiar napisać o pisarzach których lepiej nie czytać. Gdy usiadłem przed komputerem wydało mi się to jednak bezsensowne. Po co pisać o tym czego czytać nie warto? Lepiej skupić się na wybitnych autorach, takich jak Douglas Coupland, dosyć mało znany w Polsce pisarz i artysta. Dotychczas opublikował 13 powieści, 2 zbiory opowiadań i 7 książek non - ficion. Jest też autorem wielu scenariuszy filmowych i telewizyjnych oraz utworów dramatycznych. Jako prozaik zadebiutował w 1991 roku głośną powieścią Pokolenie X, dzięki której upowszechniły się takie pojęcia jak MacJob i Generation X. Bohaterami powieści są przyjaciele Andy, Claire i Dag. Szalone, nieco szokujące i zabawne poczynania tej trójki opisane są pod przykrywką komizmu. W rzeczywistości nie ma tu jednak nic śmiesznego. Są to postacie tragiczne, wyalienowane z konformistycznego, zmaterializowanego społeczeństwa. Za wszelką cenę chcą odciąć się od otaczającego ich świata i realiów w jakich przyszło im żyć, jednocześnie będą tym wszystkim przesiąknięci na wskroś. Temat który od lat nie traci na aktualności. 

Poddani Microsoftu, trzecia z kolej powieść w dorobku pisarskim, najprawdopodobniej uczyniła z autora śmiertelnego wroga Gatesa. Daniela Underwooda, narrator i postać pierwszoplanowa, tester programów Microsoft., pisze pamiętnik. Opisany w nim świat, jakże popularnych dzisiaj Korporacji, jest przerażający, zdehumanizowany. To świat pracoholików, ludzi okaleczonych uczuciowo i emocjonalnie, wykastrowanych z własnego JA, poświęcający wszystko dla dobra firmy. 

Szamponowy Świat to, wbrew pozorom, wcale nie opowieść o słodkich kobietkach spotykających się w salonie piękności by płakać i śmiać się, taplać we własnym sosie. Poznajemy natomiast młodego, zaledwie dwudziestoletniego chłopaka o imieniu Tyber, który mieszka w niewielkim miasteczku, w którym właśnie zlikwidowano zakłady atomowe. Miasteczko wymiera, ale dla naszego bohatera to żaden problem. Jest młody, ma samochód i zapas środków do pielęgnacji włosów. To wystarczy by stać się kimś. Dowcipna, ironiczna i w pewien sposób optymistyczna książka. 

Ostatni przeczytany przeze mnie utwór Couplanda to Wszystkie rodziny są nienormalne. Historia jednego spotkania rodziny Drummondów to najlżejsza i najbardziej zabawna z powieści Douglasa. W tej rodzinie naprawdę wszyscy są nienormalni. Nawet ukochana córka i siostra Sara, której wylot w przestrzeń kosmiczną na pokładzie wahadłowca jest przyczyną spędu rodzinnego, swoje szaleństwo ukrywa pod płaszczem racjonalizmu naukowca. Porwania, kradzieże, handel na czarnym rynku, strzelanina to codzienność członków tej familii. Niezwykle łatwo pakują się w kłopoty, nawet w najbardziej wydawałoby się banalnych sytuacjach. Dzięki temu są bardzo ludzcy i prawdopodobni. Wszystkie postacie wymyślone przez autora, w tej i innych książkach, pomimo swoich dziwactw, upośledzeń, kalectw, natręctw, zboczeń i wrednych charakterów nie dają się nie lubić.

Po polsku można przeczytać jeszcze Polaroidy z koncertu, Życie po Bogu i Złodzieja gum. O ile te dwie pierwsze pozycje, zbiory felietonów i innych tekstów non - ficion, próbowałem kiedyś bez sukcesu przeczytać, i więcej nie zamierzam, to po Złodzieja chętnie sięgnę, gdy tylko uda mi się go gdzieś zlokalizować. 


poniedziałek, 17 listopada 2014

Joanna Bator "Ciemno, prawie noc" - powieść dla hardcorowców


Śmiało można powiedzieć o Joannie Bator że jest kobietą pracującą. Pisarka, publicystka, felietonistka Gazety Wyborczej, jurorka międzynarodowej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, autorka prac naukowych, esejów, powieści i opowiadań. Ma doktorat z filozofii, pracowała jako adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, oraz wykładowca w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych. Serca polskich czytelników zdobyła Japońskim Wachlarzem, efektem dwuletniego pobytu w Japonii. W 2011 roku Pani Joanna porzuciła karierę naukową, poświęcając się pisarstwu.

Ciemno, prawie noc, to jej czwarta w dorobku powieść, i mam nadzieję że nie ostatnia. Autorka powraca w niej w rodzinne strony, do Wałbrzycha. Główna bohaterka, Alicja Tabor, przyjeżdża do miasta by zebrać materiał do reportażu o zaginionych dzieciach. Zatrzymuje się w domu w którym spędziła dzieciństwo. Stara, poniemiecka, sypiąca się willa sprawia że zewsząd, jak karaluchy, wyłażą przykre wspomnienia, układające się w przerażającą historię, o której dzielna dziennikarka starała się zapomnieć. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością, trwale wiążąc Alicję z przerażającymi wydarzeniami, jakie mają miejsce w Wałbrzychu. Autorka z wielką klasą kreuje mroczną wizję podupadającego miasta, pełnego dziwnych postaci niczym z filmów Davida Lyncha. Mamy tutaj bliżej nieokreślone kociary, kocińskie, babcyjki, co do których nie wiadomo kim są i czy naprawdę są, transseksualną bibliotekarkę Celestynę, tajemniczego, przypominającego trochę nowego Bonada, Marcin, kotojady, kryjącego się w ciemnościach Mosadama Husaina, samozwańczych proroków i oszustów, a w tle zamek Książ, jego ostatnią właścicielkę i tajemniczy skarb. Do bólu realistycznie przedstawiony został świat przeciętnego polaka, który jakoś wiąże koniec z końcem, wegetując w nieskończoność, oraz środowisku marginesu społecznego, bezrobotnych, alkoholików i dzieciorobów. Pisarka nie pozostawiła też suchej nitki na religijnym oszołomstwie, tak zwanych katotalibach. Powieść ukazał się w 2012 roku, zatem wiadomo co było inspiracją dla tego wątku. Byłem, widziałem i z przykrością stwierdzam że wydarzenia opisywane w książce w pełni oddają to co działo się pod słynnym krzyżem.

W zasadzie nie ma się tutaj do czego przyczepić. Nie polecałbym jednak lektury tej książki każdemu. Mroczność dosłownie wycieka z pomiędzy okładek, i niewprawny czytelnik może się szybko zmęczyć. Pozostali, literaccy twardziele, obowiązkowo dopisują ten tytuł do listy Musisz Przeczytać. A na koniec się pochwalę.

sobota, 15 listopada 2014

Ignacy Karpowicz "Sońka"


Z wielką radością sięgnąłem kiedyś po wcześniejszą powieść pana Karpowicza, głośne Ości. Z przyjemnością wynikającą z faktu iż niewielu jest naprawdę wartych uwagi i czasu poświęconego na czytanie polskich pisarzy współczesnych. Tak samo zresztą jak i z muzykami płci męskiej. W jednym i drugim przypadku chwytam zachłannie wszystko co nowe i nieznane, i najczęściej boleśnie się rozczarowuję. Ości nie były wyjątkiem. Przeczytawszy kilkadziesiąt stron, odrzuciłem ją ze wstrętem. Mam wrażenie że Karpowicz nigdy nie miał prawdziwych problemów, i dla tego karze swoim bohaterom roztrząsać nic nie znaczące momenty, dzielić włos na czworo itd itp. Ale nie o Ościach miałem pisać, tylko o Sońce, jego ostatnim dziecku.

Dostałem ją w prezencie, więc chcąc nie chcąc musiałem przeczytać. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Troszkę już nadpsuty temat zniszczonego przez wojnę życia i jej okropieństwa, ale podany w ciekawy sposób, słowami starej, samotnej Sońki, wioskowej dziwaczki i babki, kierowanymi do młodego, tabloidowego reżysera teatralnego. Mała wioseczka, gdzieś na kresach wschodnich, ani Polska ani Rosyjska, po prostu swoja. Mieszkańcy mieli nawet swój własny język, dialekt, wypadkową Polskiego, Rosyjskiego i Bóg jeden wie czego jeszcze. Wojna, która trwała już kilka lat, tutaj docierała tylko w opowieściach. Młoda Sonia nie ma najlżejszego życia. Wykorzystywana przez ojca, ciężko pracująca w obejściu, ale mimo wszystko szczęśliwa na tyle na ile można być w takiej sytuacji. Pewnego dnia wojna dociera jednak i do wioseczki, w postaci kilku niemieckich oficerów. Jeden z nich zostaje kochankiem Soni, co oczywiście nie kończy się dobrze dla nich i ich bliskich. Historię, jak już wspomniałem, opowiada sama Sonia. Momentami jednak widzimy ją już jako sztukę teatralną, napisaną i wyreżyserowaną przez wspomnianego reżysera.

Czyta się znakomicie, niemal przez całą powieść. Im bliżej końca, tym staje się to trudniejsze, aż wreszcie bełkot ostatnich stron dosłownie męczy. Cały czas nie opuszczało mnie też wrażenie że Ignacy Karpowicz, pisząc o współczesnych prozaikach i dramaturgach tworzących wydmuszki, bez znaczenia i sensu, nieświadomie napisał o sobie samym. Podobieństwo imion autora i powieściowego Igora to tylko brak wyobraźni, czy też świadome posunięcie? Najbardziej jednak przeszkadzają mi peany wypisywane przez krytyków i czytelników na temat tej książeczki, a wszystkie na jedno kopyto. Niepozytywnej recenzji można szukać ze świecą. Jakieś zaćmienie ? Jak w reklamie telewizyjnej, gdzie grupka znawców sztuki kontempluje i dyskutuje nad wieszakiem z ubraniami stojącym w galerii sztuki, który okazuje się być.... wieszakiem z ubraniami. Czy wszyscy boją się powiedzieć głośno że król jest nagi?  Że szkoda czasu na takich pisarzy i takie pisarstwo?

środa, 12 listopada 2014

Anna Kańtoch "Przedksiężycowi"


Polska literatura fantasy oraz Sci Fi odkąd zabrakło Lema i Zajdla nie jest w najlepszej formie. Oczywiście jest Jacek Dukaj, gdzieś tam przewinęła się Ewa Białołęcka ze świetnym Tkaczem Iluzji, którego potem sama zepsuła rozciągając w męczącą serię, i Jarosław Grzędowicz, którego Pan Lodowego Ogrodu zapowiadał się świetnie, ale czwartym tomem wykończył wielu czytelników. Co poza tym? Sapkowski, którego fenomenu pierdzących w siodła wojów, zapijaczonych bardów i wymyślnych potworów nigdy nie rozumiałem, Philipiuk, którego styl przypomina opowiadania pisane przez licealistów, i pani Kossakowska, jednoznacznie kojarząca się ze stereotypową, nieciekawą fanką fantastyki.


Wśród tej przypadkowej zbieraniny trudno odszukać takie perełki jak Anna Kańtoch i jej trylogia Przedksiężycowi. Tytuł nie brzmi zbyt zachęcająco. Sięgnąłem po pierwszy tom z polecenia, i w pierwszy odruchu chciałem go szybko wrzucić za szafę. Trafiamy w sam środek jakiejś historii. Kończący się lot kosmiczny. Statek naukowo badawczy i załoga która ewidentnie nie pała do siebie sympatią. Resztki ludzkości. Uciekinierzy ze zniszczonej Ziemi, poszukujący nowego miejsca we wszechświecie do osiedlenia się. Komputer pokładowy sygnalizuje o planecie którą właśnie mijają, i na której być może istnieje jakaś cywilizacja. Astronauci postanawiają ją zbadać. Trafiają na przedziwną, mroczną, zniszczoną planetę. Cywilizacja na niej istniała, ale wszystko wskazuje na to że wyginęła tysiące lat temu. Nasi bohaterowie zwiedzają upiorne ruiny. W pewnym momencie dzieje się coś niezwykłego. Ruiny zaczynają się poruszać, jedna z badających, zostaje draśnięta. Jej stan zdrowia gwałtownie się pogarsza. Zanim zdąż dotrzeć do statku, umiera. Jej towarzysz, próbując jej pomóc, również nagle podupada na zdrowiu, a trzeci z badaczy gdzieś się zgubił. 


Trochę to nudne, wymuszone i śmieszne. Takie miałem wrażenie. Nie poddałem się jednak, i odwróciłem następną stronę. Zmiana miejsca akcji. Inne miejsce, inny czas. Futurystyczna metropolia i dwoje młodych ludzi. Szykują się, wraz z pozostałymi mieszkańcami miasta, na coś nazywanego Skokiem, organizowanego przez tytułowych Przedksiężycowych. Atmosferą przypomina trochę naszego sylwestra. Tylko trochę, bowiem już po kilku kolejnych stronach dowiadujemy się że powtarzający się co jakiś czas Skok to nic innego jak swego rodzaju selekcja. Zabiera wszystko co zniszczone i zbyt mało doskonałe, w tym przede wszystkim ludzi. Ci którzy pozostają mogą się cieszyć, świętować i czekać na kolejny Skok, który może i tym razem ich ocali, przybliżając do mitycznego przebudzenia. Chłopak, artysta malarz, sierota, jest przekonany że tym razem przyjdzie jego kolej by zostać w tyle. Dziewczyna, pochodząca z dobrej rodziny, przeszła wiele genozmian i jest pewna że i tym razem jej się uda. Obydwoje bardzo się mylą. On zostaje i w powszechnym szale radości ocalonych spotyka dziewczynę równie zdziwioną tym że została jak i on. Tu się zaczyna właściwa historia. Kim są Przedksiężycowi? Czy można ich w jakiś sposób pokonać? Powstrzymać Skoki? Czym jest Przebudzenie? Co się stało z zaginionym członkiem załogi? Na te i inne pytania autorka odpowiada sukcesywnie, prowadząc nas przez gąszcz postaci z pierwszego, drugiego i trzeciego planu, licznych zwrotów akcji i wiele poziomów wtajemniczenia w całą tę zagadkę. Ostateczne rozwiązanie znajdziemy dopiero na samym końcu. Inna spraw czy to jest tak naprawdę koniec, czy może raczej początek?

Powieść napisana lekko i zgrabnie. Anna Kańtoch zachwyca wyobraźnią, tworząc niezwykle skomplikowany, bardzo rozbudowany i wiarygodny wszechświat. Jedno co można zarzucić temu cyklowi to zbyt duża ilość postaci i zwroty akcji doprowadzające czytelnika do szału. Pani Anna powinna być wzorem dla wszystkich parających się literaturą fantasy i Sci Fi.

wtorek, 11 listopada 2014

Anna Gavalda "Billie"


Anna Gavalda milczała literacko przez 5 lat. Zapewne część czasu poświęciła na odpoczynek, bo jest dosyć płodną autorką, z sześcioma książkowymi wydaniami swych utworów, przetłumaczonymi na 42 języki, które sprzedały się w ponad 8 milionach egzemplarzy. Informacja o premierze jej nowej książki ucieszyła mnie bardzo. Od czasu gdy ładnych parę lat temu pod choinką znalazłem jej debiutancki tomik opowiadań Chciałbym, żeby ktoś gdzieś na mnie czekał,  stała się jedną z moich ulubionych pisarek. Poczułem też jednak lekki niepokój. Gavalda pisze świetnie, ale jej talent ma swoje lepsze i gorsze okresy. Mniej więcej co druga jej powieść jest pozytywnie przeciętna (za wyjątkiem Pocieszenia, którego nie byłem w stanie strawić przy trzech podejściach). Ostatnia, przetłumaczona na polski, w zasadzie nowela a nie powieść, Ostatni raz, była całkiem udana, więc moja obawa co do Billie nie była bezzasadna.

Całe szczęście martwiłem się nie potrzebnie. Billie to bardzo apetyczny literacki kąsek. Głównymi bohaterami jest dwójka nastolatków, Billie i Franck, mocno sponiewieranych przez życie. Nie mają przyjaciół, ani oparcia w rodzinie. Billie pochodzi ze społecznych nizin, żeby nie powiedzieć z samego dna. W jej rodzinie i środowisku dużo się pije, sypia z kim popadnie a dzieci zostawia samopas, czasem tylko szturchając, kopiąc czy w innych sposób ucząc że życie jest do dupy i przetrwają tylko twardziele. Franck wychowuje się w znacznie lepszych warunkach. Ma rodziców, ładny dom z ogrodem i perspektywy na przyszłość. Wrażliwy chłopiec o artystycznej duszy, gej, nie ma jednak kontaktu z rodzicami, zwłaszcza z ojcem. Jedyną bliską mu osobą jest babcia. Dwoje outsiderów otrzymuje za zadanie odegrać jedną ze scen w sztuce Musseta. Robią to tak świetnie, że na krótką chwilę zostają szkolnymi gwiazdami. Ich pięć minut szybko mija i wszystko wraca do normy. Wszystko poza jednym. Mają teraz siebie. Przyjaźń która ich połączyła i przetrwała nawet lata rozłąki. 

Smutna i miejscami bardzo przygnębiająca historia, od której jednak nie sposób się oderwać. Gavalda zaskakuje totalną zmianą stylu, idealnie dostosowując język do dwudziestoparoletniej Billie, która opowiada nam swoją historię. Myślę że przeniesienie jej na ekrany kin jest tylko kwestią czasu. Nie zwlekajcie zatem. Marsz do księgarni i bibliotek.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Nick Hornby na srebrnym ekrenie


Nick Hornby, jeden z bardziej popularnych pisarzy Brytyjskich, swego czasu dobrze znany również w Polsce, a to za sprawą udanej ekranizacji powieści Był sobie chłopiec, dzisiaj jest chyba troszkę zapomniany. Bardzo nad tym ubolewam, bo Hornby to świetny pisarza. Może nie tworzy wiekopomnych dzieł, ale jego książki czyta się świetnie. Bohaterami Nicka są ludzie mocno pokomplikowani, uroczo zakręceni, często irytujący, daleko odbiegający od ideałów, a historie które są ich udziałem, niby banalne, zwyczajne, na długo zapadają w pamięć, a nie raz i nie dwa można przy nich uronić łzę czy też pośmiać się do bólu brzucha. Dużym atutem tych powieści jest fakt że są jednocześnie gotowymi scenariuszami filmowymi. Doliczyłem się czterech ekranizacji. Jeżeli jakąś pominąłem, proszę o uzupełnienie.



Pierwsze były Przeboje i podboje z 2000 roku. Idiotycznie spolszczony tytuł. Kompletnie nie rozumiem czemu polski dystrybutor zdecydował się na taki krok, ale u nas to przecież norma. Oryginalny tytuł, High Fidelity, został natomiast świetnie oddany w polskim tłumaczeniu pierwowzoru literackiego jako Wierność w stereo. Świetna rola Johna Cusacka jako Roba Gordona (w książce Rob Fleming), niedojrzałego emocjonalnie melomana, właściciela sklepu muzycznego do którego chciałoby się wejść i już nigdy nie wychodzić, oraz Jacka Blacka, jako Barry, nieco niezrównoważony, chamski zafiksowany na punkcie muzyki i idealnego brzmienia, kumpel i współpracownik głównego bohatera. Na tym tle blado wypadła Iben Hjejle - Laura, była dziewczyna Roba. Zarówno film jak i książka pełne są dobrej muzyki, zabawnych i wzruszających sytuacji, które są tłem dla przemiany Roba w człowieka myślącego, odczuwającego jak dorosły człowiek.  Gorąco polecam, oczywiście najpierw lekturę powieści a dopiero potem seans filmowy. W odwrotnej kolejności to nie ma sensu.



Dwa lata później, w 2002 roku, powstał film Był sobie chłopiec. Tytuł trochę niejednoznaczny, bowiem mamy tu do czynienia z dwoma chłopcami, trzydziestokilkuletnim playboyem Willem Freemannem (w tej roli znakomity Hugh Grant) oraz dwunastoletniego, samotnego i pełnego kompleksów Marcusa, wychowywanego przez cierpiąca na depresje matkę (Toni Collette). Na pierwszy rzut oka wydawałoby się że samolubnego lenia patentowanego, jakim jest Will, i skromnego, uczynnego, pragnącego kontaktu z drugim człowiekiem Marcusa nic nie może połączyć. Obaj chłopcy stają się jednak dla siebie kimś ważnym. Will dla Marcusa staje się niemal ojcem, a Will od Marcusa jak otworzyć się przed bliskimi mu ludźmi. Rola Willa sprawiła że bardzo polubiłem Hugh Granta, który okazał się świetnym aktorem, a Nick Hornby, którego wcześniej nie znałem, stał się jednym z moich ulubionych autorów. W tym roku powieść doczekała się nowej ekranizacji, ale mam co do niej mieszane uczucia. Są filmy których remake-ów nie wolno robić.

Nauka spadania (Długa droga w dół), chyba najlepsza i zarazem najbardziej poważna powieść Hornby-ego, jaką miałem okazję czytać. Jest to opowieść o czwórce samobójców, która postanawia, każde z osobna, nie znając się, skończyć ze sobą skacząc z dachu. Los chciał że wybierają ten sam dach i tę samą porę. Nie mogąc dojść do porozumienia kto ma skoczyć pierwszy, a kto w ogóle, zawierając porozumienie. Przez rok żadne z nich ni pomyśli o odebraniu sobie życia i będą się regularnie spotykać. W rolach głównych Toni Collette i Pierce Brosnan. Film wkrótce będzie mieć swoją premierę na kanale HBO.




niedziela, 9 listopada 2014

Gary Shteyngart "Super smutna i prawdziwa historia miłosna"


Nie każda miłość jest piękna i romantyczna, i nie każda powieść w której wątek miłosny gra pierwsze skrzypce jest romansem. Taka właśnie jest Super smutna i prawdziwa historia miłosna, na pograniczu literatury obyczajowej, Sci Fi z odrobiną dramatu psychologicznego.

Gary, główny bohater książki, ma 39 lat, lekką nadwagę i jest dość mocno staromodny. Żyje w czasach w których o tym jakim jesteś człowiekiem nie świadczą twoje uczynki, ale twój poziom fuckability i wypłacalność. Świat w którym każdy ma swój aparat, za pomocą którego komunikuje się z bliskimi, ogląda telewizję, szuka potrzebnych informacji, płaci za zakupy. Jego ojczysty kraj, Stany Zjednoczone, chyli się ku upadkowi, a prym na arenie międzynarodowej wiodą Chiny. Świat w którym nikt oprócz niego nie czyta już książek, które według rozpowszechnionej informacji śmierdzą i są źródłem bakterii. Świat w którym można się w nieskończoność odmładzać, żyjąc dzięki temu wiecznie, oczywiście jeśli posiada się na koncie odpowiednią sumkę. Ci których na to nie stać wegetują w ukryciu, wstydząc się swoich niskich dochodów. Dodajmy do tego jeszcze polityczne przepychanki i tragedie rodem z placu Tian'anmen i będziemy mieli pełen obraz parszywej rzeczywistości przedstawionej przez Garego Shteyngarta.

W tak trudnych i niesprzyjających warunkach rodzi się uczucie. Gary poznaje młodziutką Eunice, która jest esencją współczesności, totalnym przeciwieństwem starszego mężczyzny. Pomimo ogromnej przepaści pokoleniowej i kulturowej, jak ich dzieli, próbują ułożyć sobie wspólne życie. Gary jest dosłownie uzależniony od swojej kochanki. Robi wszystko czego sobie zażyczy, jednocześnie pokazując jej odrobinę dawnego świata, czytając książki na głos, ucząc człowieczeństwa. Eunice, na pierwszy rzut oka wydaje się być zimną i wyrachowaną osobą. Tak naprawdę jest bardzo pogubiona, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Czuje coś do Garego, ale trudno jej, i czytelnikom również, określić czy to jest miłość, przyjaźń, litość czy coś pomiędzy. Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować na horyzoncie pojawia się ekscentryczny szef, przyjaciel i mentor naszego bohatera, kumple, specyficzna rodzina Eunice i środowisko potomków chińskich emigrantów z czasów gdy to Ameryka była upragnionym rajem. 

Chociaż opisywana przez autora sytuacja jest ponura, przytłaczająca, przerażająca i niestety coraz bardziej prawdopodobna, to powieść czyta się jednym tchem. Shteyngart jest świetnym obserwatorem i dzięki temu stworzył postacie niejednoznaczne, ani złe ani dobre, których się nienawidzi by po chwili zacząć lubić, a klika stronic dalej znów stracić sympatię. Są ludźmi z krwi i kości, tyle że żyjącymi na kartach książki. Warto sięgnąć po ten tytuł. Dowiemy się o sobie samych wielu rzeczy, a przede wszystkim zwrócimy uwagę na to co do tej pory w nas samych i otaczającym nas świecie nie zaprzątało naszych myśli, ewentualnie było pretekstem do ciekawej dyskusji przy piwie, z której potem nic nie wynikało. Mam na myśli coraz bardziej rozluźniające się więzi międzyludzkie, zastępowane substytutem w postaci portali społecznościowych i wirtualnych znajomości, uzależnienie od gadżetów i stanu posiadania, pusta, kolorowa codzienność, pozbawiona korzeni i historii. Skoro już to dostrzegliśmy, można zastanowić się co zrobić by to zmienić, i zacząć działać. Tak by Super smutna i prawdziwa historia miłosna pozostała tylko i wyłącznie fikcją literacką.



sobota, 1 listopada 2014

Odrobina Toskanii w listopadzie


Data w kalendarzu dobitnie wskazuje na to że ciepło i słoneczko pozostało już za nami, i długo przyjdzie nam czekać na ich powrót. Właśnie dlatego zachęcam do sięgnięcia po znaną, głównie w wersji filmowej, książkę Frances Mayes Pod słońcem Toskanii. Poprawa humoru gwarantowana. 
Papierowy pierwowzór niewiele ma wspólnego z ekranizacją, a dokładniej mówiąc adaptacją. Rzecz oczywiści dzieje się w Toskanii, w posiadłości Bramasole i okolicznych miastach i miasteczkach, momentami przenosząc się do domu autorki w U.S.A., lub do słonecznej Georgi z czasów jej dzieciństwa, o której to napisała odrębną książkę. Nie jest to jednak komedia romantyczna,  jaką znamy z ekranów telewizorów, a coś pomiędzy pamiętnikiem, reportażem i literaturą podróżniczą. Frances z przymrużeniem oka opisuje najpierw etap zakochiwania się w tym pięknym regionie Italii, potem męczące poszukiwania odpowiedniej posesji do kupienia, dylematy związane z tym jakże odważnym posunięciem, zakup i wreszcie drogę przez mękę, jaką jest remont wiekowej nieruchomości we Włoszech. Relacjonując kolejne etapy tej ciężkiej pracy, malując słowem piękne Włoskie widokówki i portrety Włochów, autorka raczy nas również swoimi przemyśleniami na temat życia, sztuki, historii i kuchni. Pod słońcem pachnie bazylią, orzeszkami pinii, oliwkami, parmezanem, truflami, winem prosto z faktorii i wszystkimi przysmakami mniej lub bardziej kojarzącym się z Półwyspem Apenińskim. Pisarka zafascynowana włoską kuchnią poświęca jej bardzo dużo miejsca, część książki przekształcając w książkę kucharską. Zebrane od sąsiadów i przyjaciół, przeczytane w książkach czy też zasłyszane na targowisku w pobliskim miasteczku, tradycyjne przepisy wypróbowuje w własnej kuchni, krok po kroku opisując kolejne czynności i składniki. Dla miłośników gotowania pozycja obowiązkowa, tym bardziej że większość z produktów można kupić w naszych sklepach, a te brakujące albo domówić w sklepie wysyłkowym lub też zastąpić rodzimymi odpowiednikami. 
Pod słońcem Toskanii jest pozycją obowiązkową dla każdej osoby ciekawej świata. Jest idealna o każdej porze roku. Czyta latem sprawia że staje się ono bardziej intensywne, pachnące, wyraziste. Nawet nie opuszczając rodzinnego miasta można poczuć się jak na wakacjach we Włoszech. Jesienią i zimą doda kolorów szarej, zimnej rzeczywistości i sprawi że łatwiej nam będzie doczekać do wiosny.