niedziela, 30 sierpnia 2015

Płeć męska bloga vol. 2


Długo zastanawiałem się nad tym, o czyim blogu dziś napisać. Do wyboru miałem dwa świetne blogi. Jeden, istniejący już nieprzerwanie od 13 lat (!!!), niestety od dłuższego czasu nieaktualizowany, i drugi, zaledwie trzyletni, ale aktualizowany na bieżąco. Zdecydowałem się ostatecznie na ten młodszy, pozostawiając sobie blogowego staruszka na zaś, z nadzieją że autor go reaktywuje. 

Bohaterem dzisiejszego wpisu został zatem facet, któremu blogerki zniszczyły życie, czyli autor bloga moja dziewczyna czyta blogi. Przyznaję się bez bicia że nie wiem czemu te blogerki zniszczyły mu życie, i jakie-które to konkretnie blogerki (czyżby Kasia Tusk?), bo nie przeczytałem całego bloga. Graniczyłoby to z cudem, gdyż wpisów jest od groma, a większość z nich znacznie przekracza długość standardowego wpisu na blogu (a z pewnością na moim blogu). Może kiedyś się dowiem, na przykład zimą, kiedy będzie długo ciemno i nie będzie się chciało wychodzić z domu. 

Stwierdzenie że moja dziewczyna czyta blogi to blog lifestylowy, byłoby niezwykle krzywdzące dla autora. Co prawda pisze o właściwie o wszystkim co mu ślina na język przyniesie, ale nie robi tego w taki sposób jak przystało na propagatorów nowych form życia społecznego. Pisząc o nowych trendach, patrzy na nie krytycznie, ale nie po hejtersku, tylko zdroworozsądkowo, z poczuciem humoru. W ogóle wydaje się że bloger ma łeb na karku jak mało który współczesny facet. Jeśli porusza jakieś ważkie tematy, jak na przykład o tolerancji i ostatnich samobójstwach nastolatków, to zachowuje odpowiedni dystans, nie robiąc z siebie idioty w  zacietrzewieniu. Sporo uwagi poświęca kobietom. Pisze o nich z szacunkiem, ale bez zbędnego pietyzmu. Jest feministą, traktuje kobietę jak równą mężczyźnie (bo przecież takie są, a my jesteśmy równi kobietom), i jeśli trzeba nie waha się ich krytykować, trochę z nich  "podrzeć łacha".  Równie sprawiedliwie traktuje też płeć brzydką. A wszystko to naprawdę fajnie napisane, i do śmiechu i do przemyślenia, choć więcej do śmiechu, okraszone odpowiednią dawką kultury (też nie lubię Prousta !). Zazwyczaj lubię się do czegoś przyczepić i skrytykować, ale w tym wypadku naprawdę nie mam do czego.

sobota, 29 sierpnia 2015

John Haskell "Amerykański czyściec"


Siedem grzechów głównych. Siedem stopni wtajemniczenia. Tak głoszą słowa na okładce i reklamująca książkę notatka prasowa. Wtajemniczenia do czego ? Chyba tylko i wyłącznie do nudy, mocno pretensjonalnej nudy. 

Główny bohater Amerykańskiego czyśćca pewnego dnia, podczas zakupów w przydrożnym markecie, doznaje olśnienia, iż coś się właśnie dzieje, coś się zmienia. Bardzo to odkrywcze, biorąc pod uwagę fakt że cały czas coś się dzieje, w każdej sekundzie świat ulega przeobrażeniom. Przyjmijmy jednak że było to bardzo osobiste objawienie, a ów biedaczyna był dotąd na tyle zaślepiony by nie zauważyć tego niekończącego się procesu. Gdy kończy zakupy i wraca na parking, okazuje się że jego samochodu, oraz czekającej w nim żony, nie ma. Tu rozpoczyna się ta rzekoma droga do wtajemniczenia. Nasz bohater czyni pierwszy krok i siada, czekając aż żona wróci. Takie zniknięcie ukochanej osoby jest bez wątpienia tragedią. Zwłaszcza gdy nie wiadomo czy ten ktoś uciekł czy został porwany, a może spotkało go jeszcze coś innego, znacznie gorszego. Nie doczekawszy się powrotu żony, mężczyzna wraca do mieszkania. Odnajduje tam mapę, na której zaginiona wyznaczyła trasę. Uznając to za wskazówkę gdzie teraz przebywa zaginiona kobieta, oszalały z niepokoju mąż wyrusza w podróż. 

Motyw powieści drogi, chociaż już mocno sfatygowany, wciąż może zaciekawić. Tym razem coś zdecydowanie poszło nie tak. Autorowi, określanemu mianem Warhola literatury, najzwyczajniej w świecie zabrakło talentu i umiejętności do napisania takiego utworu. Amerykański czyściec pęka w szwach od upchniętych na siłę, niemal na każdej stronie, filozoficznych przemyśleń. Nie wiem dla kogo John Haskell pisał swoją książkę, ale filozofia prezentowana na jej kartach przypomina podręczniki z serii "Dla Opornych". Niepotrzebne, drobiazgowe rozbieranie każdej myśli na czynniki pierwsze sprawia że jej sens rozmywa się w niekończących się wyjaśnieniach. Aż ma się ochotę wstać, dać temu jęczącemu ciągle poszukiwaczowi żony w twarz, i wypluć mu prosto w twarz "ogarnij się w końcu facet". Trochę to przypomina Murakamiego, ale to Haskellowskie rozmemłanie jest zdecydowanie nie do przyjęcia.

Czytając powieść drogi, spodziewamy się całego wianuszka barwnych postaci. Zabawnych, wzruszających, przerażających sytuacji. Niczego takiego nie znajdziemy w Amerykańskim czyśćcu. Drugoplanowi bohaterowie są płascy, nieciekawi, przypominają marionetki, albo tandetne dekoracje w tanim, szkolnym przedstawieniu. Są, ale równie dobrze mogłoby ich nie być. Widzę w tym pewien zamysł autora, ta beznamiętność, brak wrażliwości i współczucia dla drugiego człowieka, zrozumienia dla trapiących go problemów, miały ukazać potworność współczesnego świata, sprawić że czasem naprawdę można poczuć się jak w czyśćcu. Pomysł dobry, ale wypada blado przy reszcie spapranej pisarskiej roboty. 

Jeśli ktoś spodziewał się po lekturze tej powieści emocji na miarę głośnego filmu "Siedem", bardzo się zawiedzie. Amerykański czyściec jest dobry na problemy ze snem. Mimo iż nuży niemiłosiernie, czytasz dalej, by jak najszybciej dobrnąć do końca, i przekonać się czy Anne, zaginiona żona, się odnajdzie. Nawet nie zauważycie kiedy zaśniecie w pół zdania.

środa, 26 sierpnia 2015

Czytelnik totalny


Swego czasu okładka jednego z magazynów poświęconych książkom i czytelnictwu, krzyczała do mnie z witryny kiosku: CZYTELNICZKA TOTALNA. Tyczyło się to znanej i bardzo dobrej blogerki książkowej. Pomyślałem sobie wtedy że fajnie jest być takim czytelnikiem totalnym, i że zawsze takim chciałem być. Próbuję czytać wszystko co wpadnie mi w ręce, w tym także klasykę literatury. Nie tylko dla tego by zasłużyć na to zaszczytne miano super czytelnika, ale również , a może i przede wszystkim  dla tego że jestem zakochany w literaturze, a jako oczytany facet powinienem klasykę znać, co też zmienia całkowicie odbiór współczesnej literatury. Można bowiem, oczywiście w tej literaturze wysokiej, odnaleźć liczne odwołania, nawiązania do dawnych dzieł. Ostatnie dwa podejścia do klasycznych powieści, nawet nie tak straszliwie wiekowych, bowiem "Czerwone i Czarne" Stendhala to powieść dziewiętnastowieczna, zatem daleko jej do dzieł średniowiecznych czy poezji Safony, a "Absalomie, Absalomie" Faulknera dopiero co doczekała się statusu emerytki. To właśnie te dwa tytuły ściągnąłem ostatni z półki z zamiarem przeczytania. Bardzo szybko jednak wróciły na nią z powrotem. Nie przebrnąłem nawet przez pierwsze trzydzieści, czterdzieści stron, czyli mniej więcej tyle ile potrzeba narracji na rozwinięcie się do tego stopnia, że wciąga nas jak wir w niezgłębione czeluści prozy, albo wypluwa na powierzchnię jak pływaka uczepionego deski. Czy to znaczy że nie potrafię czytać książek napisanych przez kilkoma dekadami, a co za tym idzie jestem czytelnikiem wybrakowanym? Czy w ogóle istnieje ktoś taki jak czytelnik doskonały?

Bardzo blisko tego ideału są studenci polonistyki. Najczęściej czytają bardzo dużo, poświęcając na to pięć lat swojego życia. Oni jednak również nie są wstanie "wchłonąć" wszystkiego, chociażby z powodu ograniczeń fizycznych, ale też i upodobań. Nie wyobrażam sobie że można się zmuszać do lektury czegoś co nam się ani trochę nie podoba, jest nudne, zwyczajnie nie "wchodzi". Jeszcze się chyba nie urodził taki ktoś, komu wszystko by się podobało. 

Moi rodzice mają na ten temat swoje zdanie. W dzieciństwie i w późniejszym okresie zaczytywali się w Sienkiewiczu, Prusie, Dostojewskim, pochłaniali co roku "Noce i Dni" albo "Starą Baśń". Ze zdziwieniem zauważają że kolejne pokolenia już tak ochoczo nie sięgają po te tytuły, winnych szukając w ogólnym upadku morale, zainteresowań i spłyceniu kultury. Coś w tym z pewnością jest, bo sagę rodzinną Niechciców przeczytałem, i bardzo mi się podobała, przy "Starej Baśni" poległem. Nie można jednak zapominać o tym że w czasach gdy nasi rodzice dorastali i zakładali swoje rodziny, bardzo ciężko było znaleźć coś czytania. Kupowało się to co było, a że najczęściej wydawano sprawdzone polskie powieści, bezpieczną zagraniczną klasykę dziecięcą, lub dzieła zebrane Mao Zedonga (znalezione w domowej biblioteczce !!!),  więc i czytano to co było pod ręką. 
Myślę też że na taki stan rzeczy ma również wpływ sposób i tępo dzisiejszego życia. Ciągle gdzieś biegamy, spieszymy się, zajęci tymi i owym, wiecznie mało nam czasu. Gdy więc mamy przysiąść nad lekturą, w której zdania są wielokrotnie złożone, bogate słownictwo zmusza nas często do korzystania ze słownika, a rozbudowane opisy nie odpalają się w naszej zmęczonej, przegrzanej wyobraźni, uciekamy gdzie pieprz rośnie. Zwyczajnie boimy się, a z pewnością ja się boje, ugrząźć znów na miesiąc czy półtora w jednej powieści, tak jak to miało miejsce z "Imieniem Róży". 
Nie jestem więc czytelnikiem totalnym, i nigdy nim nie będę, choćbym nie wiem jak się starał. A starać się będę nieustannie, bo jak już wspomniałem kocham literaturę, a czytanie jest już moim nałogiem. 

sobota, 22 sierpnia 2015

5 książek zaczytanych w dzieciństwie


Ponieważ absorbuje mnie ostatnio głównie praca, w tym także wnikliwa lektura pewnej powieści, której recenzja w swoim czasie ukaże się w portalu Dobre Książki, i nie mam żadnej recenzji, którą mógłbym opublikować tutaj, przyszła pora na drugi z trzech zaplanowanych cykli. W każdym odcinku poznacie subiektywne zestawienie pięciu książek, które coś łączy. Taka mała imitacja recenzji. Zaczynam od od pięciu książek, które zaczytałem na śmierć w dzieciństwie. 

1. C.S. Lewis "Opowieści z Narni" 

To właściwie nie jedna książka a siedem, bowiem cały cykl przeczytałem kilkakrotnie, razem ze starszym bratem. Miałem, i dalej mam w swojej biblioteczce, piękne, dwutomowe wydanie, ilustrowane prześlicznymi rysunkami. Czytaliśmy je z bratem jednocześnie, bowiem żaden nie chciał ustąpić i pozwolić drugiemu przeczytać w pierwszej kolejności. Przygody młodych anglików w tajemniczej krainie odbierałem wtedy zupełnie dosłownie, jako fantastyczną baśń, pouczającą owszem, jak to baśń, ale nic poza tym. Dopiero kilka lat później, przy kolejnej lekturze, ostatnie części, znacznie poważniejsze i trudniejsze w odbiorze, pewne skojarzenia, nawiązania do przypowieści Biblijnych, stały się dla mnie oczywiste. Opowieści z Narnii nie straciły swojego uroku i magii. Dziś sięgnąłbym po nie równie chętnie jak 20 lat temu, i zrobiłbym to gdyby nie brak czasu. 

2. Tove Jansson  "Muminki"

Muminki pojawiały się w moim domu sukcesywnie przez kilka kolejnych lat. Jako prezent z okazji dnia dziecka czy też na zakończenie roku szkolnego. Czytane wielokrotnie, wożone po całym kraju na wakacje, kolonie, wczasy, dzisiaj stoją posklejanie i połatane na półce. Nie do końca wiem co mam myśleć o tej serii. Uwielbiana przeze mnie w dzieciństwie Dolina Muminków wydawała mi się miejscem ciepłym, przyjaznym, bezpiecznym i bardzo rodzinnym. Dzisiaj widzę to nieco inaczej. Dolinę zamieszkiwały istoty zagubione, rozchwiane psychicznie (Paszczak i Filifionka) zbyt nieszczęśliwe by się do tego głośno przyznać, na co dobitnie wskazuje ostatni tom cyklu, Jesień w Dolinie Muminków. Rodzinna atmosfera też gdzieś się rozwiała, zaraz po tym jak poznałem prawdziwą twarz Tatusia Muminka, bufona, który tak naprawdę miał gdzieś swoją rodzinę. Niektórzy doszukują się też w tych książeczkach pewnych dwuznaczności, na przykład w przyjaźni Muminka i Włóczykija, ale to już chyba zbyt daleko posunięte przypuszczenia. 

3.  Astrid Lingren "Dzieci z Bullerbyn"

Nie wiem czemu, ale dla wielu jest to jedna z najbardziej znienawidzonych książek z dzieciństwa. Ja nie zaliczam się do tej grupy. Dzieci z Bullerbyn były moją lekturą szkolną, i przeczytałem je kilkakrotnie zanim stały się tematem lekcji. Dzięki rodzeństwu z Bullerbyn i ich przyjaciołom, moje dzieciństwo zyskało trochę więcej kolorów. Ta książka dosłownie została zaczytana, wytarta z kolorów okładka, wielokrotnie sklejane kartki, pozaginane rogi. Nic dziwnego, Dzieci z Bullerbyn były na tapecie w każde wakacje, ferie i święta przez dobrych kilka lat. Do dziś też pamiętam dzień, w którym tata kupił mi tę książkę żeby nie nudziło mi się w kolejce do fryzjera. 

4. Maria Kruger "Karolcia"

Po raz pierwszy o Karolci usłyszałem na lekcji, gdy w drugiej albo trzeciej klasie podstawówki, moja ulubiona nauczycielka w nagrodę za coś, nie pamiętam już co takiego, zaczęła czytać nam o przygodach Karolci i niebieskiego koralika. Powieść Marii Kruger stała się jedną z tych, które czytywałem wielokrotnie, i znałem niemal na pamięć. Byłem tak zafascynowany zmaganiami dziewczynki ze złą czarownicą Filomeną, że gdy któregoś razu na Wszystkich Świętych, w pobliżu grobu mojej prababci zobaczyłem nagrobek z napisem Filomena, chciałem uciec z krzykiem. Jest jeszcze druga część, Witaj Karolciu, ale nie była już tak wciągająca jak jej poprzedniczka. 

5.  Hugh Lofting "Doktor Dolittle"

Fantastyczny świat przesympatycznego doktora i jego szalonej zwierzęcej ferajny, zawsze mi się podobał. Chciałem mieszkać w takim domu jak doktora, i mieć  taką samą jak on gospodynię. Przyjaźnić się ze zwierzętami i rozprawiać z nimi na różne tematy. Wielka szkoda że dzisiaj te powieści są niemal nie znane, a jedyne co kojarzy się młodym ludziom z hasłem Doktor Dolittle, to głupawa komedia z Eddim Murphym w roli doktora.


niedziela, 16 sierpnia 2015

Płeć męska bloga vol 1


Blogsfera jaka jest, każdy widzi. Zdominowana przez wszelkiej maści blogi modowe, lifestylowe i konkurencyjne blogi czytelnicze. Z jednej strony to dobrze, bo gdy zaczynałem blogować jakieś 14 lat temu, blogi były internetowymi dziennikami, najczęściej nudnymi, gdzie przeważała przedziwna, irytująca maniera pisania w TaKi SpOsÓb, albo jeszcze inny. Wstyd się przyznać ale sam też pisałem takie bezrefleksyjne streszczenia przeciętnej codzienności. Czytelnicy tych blogów najczęściej zaglądali i komentowali tylko po to by w ramach rewizyty samemu zdobyć komentarz i zwiększyć statystykę odwiedzin. O blogach tematycznych nikt wtedy nie słyszał, albo było ich tak niewiele że docierały tylko do garstki zainteresowanych. Zresztą internet, w co niektórym zapewne trudno uwierzyć, wtedy nie był jeszcze tak powszechny jak dziś. Z drugiej zaś strony obecne powielanie ciągle tych samych motywów i tematów, porady życiowe nieżyciowych panienek, sesje modowe chłopaczków w kalesonach, czy też wirtualne spazmy rozkoszy nad kolejną wampirzą lub pseudo masochistyczną powiastką sprawia że czytanie blogów boli. I tu niestety przewagę mają panie, chociaż procentowo blogowa szmira jest niemal równa dla obu płci, ale biorąc pod uwagę że w blogują przeważnie kobiety, blogów niewartych uwagi jest więcej wśród tych kobiecych. Jako że sam też czytuję blogi, nie tylko książki, postanowiłem poszukać w sieci ciekawych blogów prowadzonych przez mężczyzn. Zaszczyt rozpoczęcia tego cyklu, który będzie trwał i trwał, mam nadzieję, przypadł męskiemu oku

Gdyby męskim okiem było książką, którą należy ułożyć w alfabetycznym porządku, we właściwym dziale, wskazanym przez tajemnicze cyferki, kropki i kreski, zwane UKD, wypisywane ręką bibliotekarza na odwrocie strony tytułowej, na konkretnej półce, miałbym z tym mały problem. Tytuły kolejnych wpisów wprowadzają zamęt w głowie, ale zamęt przyjemny, bliski szumowi wywołanemu kieliszkiem wina, i tak jak z ochotą sięgamy po butelkę by pusty kieliszek napełnić, z wielką przyjemnością zagłębiłem się w treść kolejnych tekstów. A tu czekała na mnie miła niespodzianka. Właściciel męskiego oka pisze właściwie o wszystkim, o pierwszych randkach, o samotności i związanych z nią skrzywieniach, upierdliwych konsultantkach i świętach, no dosłownie o wszystkim. Pisze literacko, zabawnie, pokazując to co mężczyzna najczęściej wstydliwie skrywa, ogromną wrażliwość. Co prawda nie każdy wpis jest dla mnie zrozumiały, jak na przykład przedostatni, o przesłuchaniu, który jest chyba swego rodzaju fikcją literacką, ale nie ma tu gorszych ani lepszych tekstów, wszystkie trzymają się na tym samym, bardzo wysokim poziomie. Tylko czasem autor niepotrzebnie wtrąca wulgaryzmy. Każdy tekst jest zilustrowany kadrem z filmu. Nie wszystkie filmy są mi znane, więc nie potrafię stwierdzić czy są adekwatne do treści wpisu, ale te które miałem okazję widzieć, pasują jak ulał. Scena z filmu "Ile waży Koń Trojański", jednego z moich ulubionych polskich filmów ostatnich lat, w której Więckiewicz gra na gitarze i śpiewa przebój Perfectu, jest świetną ilustracją dla tekstu o przedawkowaniu samotności. Najwyraźniej autor nie tylko dobrze pisze, ale jeszcze zna się na kinie. 

O dziwo blog ma chyba więcej czytelniczek niż czytelników, o czym świadczy ilość polubień strony na facebooku przez płeć piękną. Szkoda, bo wielu facetom przydałoby się trochę poczytać męskie oko. Blog  trafił do moich ulubionych, i zachęcam was do tego by również wejść, przeczytać i polubić.

sobota, 15 sierpnia 2015

Jeffrey Archer "Sprawa honoru"


 Jeffrey Archer, a dokładniej Jeffrey Howard Archer, baron Archer Weston-super-Mare, jest brytyjskim politykiem i pisarzem. W Polsce jest znany chyba głównie z trylogii "Kane i Abel". Akcja jego powieści rozgrywa się najczęściej w środowisku polityków, szpiegów, ludzi z wyższych sfer, którym przyszło pociągać za sznurki świata. Nic dziwnego, w końcu poznał tę "branżę" od podszewki, i jak na moje oko laika, przedstawia ten świat bardzo dokładnie.

Sprawa Honoru jest thrillerem polityczno - historycznym. Rzecz dzieje się w latach 60-ych minionego stulecia. Młody weteran wojskowy, Adam Scott, dziedziczy w spadku po zmarłym ojcu, również wojskowym, tajemniczy depozyt w jednym ze szwajcarskich banków. Depozytem tym okazuje się być kopia słynnej Carskiej Ikony, przedstawiającej świętego Jerzego walczącego ze smokiem. Zadowolony spadkobierca odbiera swoją własność z banku, z zamiarem sprzedania ikony. Okazuje się jednak że ikoną interesują się też inni, w tym samo KGB, oraz brytyjski i amerykański wywiad. Adam, podejrzany o podwójne morderstwo, musi uciekać. Wrogiem staje się dla niego niemal każdy, a najgroźniejszym z nich jest Aleksander Romanow, agent KGB. Jaki sekret skrywa ikona? Kto ją przejmie, Anglicy, Amerykanie czy Rosjanie? Na te pytania, oraz kilka innych, których postawienie w tym miejscu całkowicie zepsułoby przyjemność z lektury, musicie poszukać odpowiedzi sami.

Powieść rozpoczyna się bardzo leniwie, i przez około 100 stron toczy się niespiesznie przed siebie, wzbudzając podejrzenia że będzie to książka o słownych przepychankach polityków i agentów służb specjalnych. W pewnym momencie docieramy jednak do punktu przełomowego, i narracja gwałtownie się rozrasta, jak woda przybierająca podczas powodzi. Szybka akcja, pełna zwrotów , choć nie tak spektakularnych jak w dzisiejszej literaturze i kinie sensacyjnym, błyskawicznie prowadzi czytelnika do końca, który niestety znów nieco drażni. Nasz bohater, który przez większą część powieści był zwierzyną dla polujących na niego przedstawicieli skłóconych ze sobą mocarstw, najczęściej sam pakując się w kłopoty, i tylko dzięki swojemu wojskowemu wyszkoleniu cudem udaje mu się uchodzić z życiem, nagle odkrywa w sobie pokłady inteligencji i to on przejmuje rolę dyktującego warunki. Również  wątek ojca Scota, który okrył się złą sławą przez przypadek wplątując się w sprawę przedwczesnej śmierci Hermana Goeringa, nie pasuje do całej reszty. Początkowo wydaje się być istotną częścią opowiadanej historii, w końcu to za sprawą ojca Adam wplątuje się w międzynarodową awanturę, ale potem sprawa ta znika, by wypłynąć ponownie na zakończenie powieści, a upór z jakim Scott nie chce oddać ikony, wydaje się być przez to zwyczajnie głupi.

Jeffrey Archer z dbałością o szczegóły opisuje poczynania polityków i ich wysłanników, makabryczne sceny tortur i próby ukrycia coraz bardziej sztywnych zwłok. Niewiele miejsca poświęca jednak opisom otoczenia, przez co Sprawa honoru przypomina niedopracowany  scenariusz. Brakuje tu zabawy słowem, mało w tej literaturze literatury. Niektóre elementy fabuły są też bardzo przewidywalne. Uważny i  doświadczony czytelnik czy też kinoman, pewnych rozwiązań domyśli się już na samym początku powieści, a to zdecydowanie odbiera sporo przyjemności przy obcowaniu z tego typu powieścią.

Mimo wszystko nie żałuję czasu poświęconego na przeczytanie Sprawy honoru. Jest to kolejna idealna pozycją na wakacyjne leniuchowanie, tym różniąca się od współczesnych besstelerów, że opowiada o bardzo prawdopodobnych wydarzeniach i faktach historycznych. Niewiele jednak wniesie w wasze życie, więc jeśli planujecie pakując się na urlop do walizki schowacie coś innego do czytania, zróbcie tak.

sobota, 8 sierpnia 2015

Jaroslav Rudiš "Cisza w Pradze"




Literatura czeska nigdy mnie nie pociągała. Kiedyś, gdy cierpiałem na ciężkie niedoczytanie, a nic innego, wartego uwagi nie było pod ręką,  sięgnąłem po "Pociągi pod specjalnym nadzorem". Spodobały mi się, ale kolejne dzieła Hrabala nie przypadły mi do gustu. Nie udało się również z Kunderą, a dzięki popularnemu u nas Szwejkowi, czeska proza długi czas kojarzyła mi się głównie z przaśnymi i rubasznymi,  starszymi panami z dużym brzuchem i wąsem, z czasami gdy panowały Austro – Węgry, i nie miałem ochoty zagłębiać się w ten świat. Moje podejście do tej literatury uległo przemianie w momencie gdy od  portalu Dobre Ksiażki – Magazyn o Literaturze otrzymałem do zrecenzowania „Macoszkę”. Potem było jeszcze spotkanie z Jaroslavem Rudišem w ramach Miesiąca Spotkań Autorskich, i poczułem się zauroczony twórczością naszych sąsiadów. Skorzystałem więc z okazji, i podczas kolejnych wieczorów autorskich, w festiwalowej księgarni nabyłem Ciszę w Pradze



Jaroslav Rudiš byłby świetnym pracownikiem marketingu. Zrobiłby wielką karierę, gdyż potrafi zainteresować potencjalnego nabywcę nawet najbardziej niepotrzebnym i zepsutym przedmiotem. Podczas spotkania autorskiego pięknie opowiadał o swojej prozie, w tym zwłaszcza o Ciszy w Pradze, zarzucając przynętę na tych którzy powieści jeszcze nie czytali. Przynętą było świetne zresztą hasło „Z Ciszą w Pradze można podróżować po Pradze. Tramwajem”. Jako że uwielbiam podróże, w stolicy Czech jeszcze nie byłem, a bardzo chciałbym tam pojechać, dałem się na tego robaczka złapać. 

O czym jest ta książka ? Chyba o ciszy, ale pewności nie mam. Zewsząd dobiegają hałasy, muzyka, auta, samoloty, tramwaje, rozmowy. Zresztą dziś żadne duże miasto nie cichnie nawet na chwilę. I o tym chyba miała opowiadać Cisza w Pradze, o poszukiwaniu chwili bez dźwięku, chwili spokoju, oddechu, chwili dla myśli, którą zabija hałas. Coś jednak Jaroslavovi nie wyszło. Czytelnik otrzymuje bardzo płytką historię kilkorga ludzi, mieszkańców Pragi, których drogi splatają się pewnego dnia u schyłku lata. Brzmi jak stara, zdarta płyta, prawda? Powieść przypomina popularne filmy, jak "To właśnie miłość", czy "Walentynki" z Julią Roberts. Daleko jej jednak to wspomnianych filmów, które za każdym razem ogląda się z przyjemnością, i mimo że zbyt głębokie nie są, zawierają pewną dawkę wrażliwości. Rudiš starał się nadać swojej prozie głębi, z postaci uczynić bohaterów z krwi i kości, ale mu to nie wyszło. Jego bohaterowie są dość stereotypowi, płascy, wręcz irytujący w swoim niezadowoleniu z życia i miejsca w którym przyszło im mieszkać.  Plączą się bez  celu to tu to tam, prowadząc nijakie rozmowy o niczym konkretnym, wtrącając co chwila słowa w języku angielskim. Strasznie to irytujące, zwłaszcza że dla Rudiša najwyraźniej wszyscy współcześni prażanie nawet w myślach angielskie zwroty. W powieści każdy jest też oszalały na punkcie seksu, nawet Vladimir, zdziwaczały, samotny wdowiec, przeżywa metafizyczny orgazm ze zmarła żoną. Nieprawdziwe okazuje się też stwierdzenie że Cisza może posłużyć za przewodnik po Pradze. Autor umiejscowił akcję zaledwie w kilku miejscach tego prawie 2 milionowego miasta, przedstawiając je raczej w niekorzystnych barwach. Ciszę w Pradze można ze sobą zabrać na wędrówkę, ale pod warunkiem że pozostanie w plecaku, a pod ręką będziemy mieć prawdziwy przewodnik. Zbliżając się do końca lektury, miałem nadzieję na spektakularny finał, który uratowałby całą resztę średniej prozy. Niestety tutaj również spotkał mnie zawód. Miało być wielkie brzmienie, mocne uderzenie, punkowy koncert,  a potem wielka cisza, a były infantylne pioseneczki zbuntowanej nastolatki, śmieszna bójka i faktycznie wielka cisza. 

Jedyne co ma jakąkolwiek wartość  to pewna myśl autora, dotycząca lat dziewięćdziesiątych i czasów współczesnych. Rudiš trafnie zauważył że ostatnia dekada XX wieku była jakaś, kolorowa, pełna znaczeń, ideologii i subkultur. Chociaż dopiero co wyszliśmy z komunizmu, w którym każdy miał być taki sam, wszyscy się mniej lub bardziej pięknie różnili. Teraz mamy wszystko, ale nie potrafimy z tego korzystać. Przyjmujemy miałką, medialną papkę bez wyrazu i znaczenia, jak gdyby była komunią, życiodajnym napojem. Bez protestów pozwalamy się wtłaczać w sztywne ramy nowoczesności, oddając w zamian swój indywidualizm.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Mikołaj Łoziński "Reisefieber"


Jeśli życie nazwać podróżą, to Reisefieber Mikołaja Łozińskiego jest powieścią o lęku przed życiem. Tak w skrócie można opisać tę książkę. Przed spotkaniem autorskim z pisarzem, w ramach tegorocznej edycji Miesiąca Spotkań Autorskich, mój kontakt z jego twórczością był minimalny. Wielokrotnie jego powieści przechodziły przez moje ręce, jeszcze gdy pracowałem w bibliotece, z półki do czytelnika i od czytelnika na półkę. Będąc na spotkaniu postanowiłem w końcu przyjrzeć się z bliska prozie tego bardzo sympatycznego i skromnego człowieka.

Głównymi bohaterami Reisefieber są niespełniony pisarz Damian, i jego matka Astrid. Damian mieszka w U.S.A. ze swoją dziewczyną Anną. Po tym jak odszedł z pracy w redakcji renomowanej gazety, próbuje napisać swoją pierwszą powieść. Ma ona być nowoczesna i wielka. Choć w toku narracji wiele razy autor wspomina o wciąż niedokończonym dziele, o pomysłach, zdaniach, wizjach, skrzętnie zapisywanych w notesie, które powinny znaleźć się w książce Damiana, to oczywistym jest że pisanie nie do końca wychodzi młodemu twórcy, i prawdopodobnie powieść nigdy nie zostanie ukończona. Poznajemy Damiana jako trzydziestokilkuletniego, wyalienowanego myśliciela, któremu nie po drodze jest z życiem i własnymi uczuciami. Wraz z rozwojem akcji, która skokami przenosi nas w przeszłość, poznajemy go bliżej. Okazuje się być niezbyt sympatycznym, nieco infantylnym i irytująco rozpieszczonym synkiem mamusi. Matka natomiast, do której zawsze zwracał się po imieniu, Astrid, jest kobietą o mocno pokaleczonej duszy. Mieszka w Paryżu, i tęskni za synem, którego nie widziała od lat. Samotna, zagubiona, nie radzi sobie ze starością i postępującą śmiertelną chorobą. 

Relacje między tą dwójką nigdy nie były takie jak być powinny. Ona była zbyt pobłażliwa i nadopiekuńcza wobec syna, on zbyt wymagający, okrutny, ale też opiekuńczy. W chwilach gdy ciężar życia stawał się nie do wytrzymania dla Astrid, Damian przyjmował na siebie rolę rodzica. W pewnym momencie stał się wręcz zbyt rodzicielski, co ostatecznie doprowadziło do zerwania kontaktów między nimi. Obydwoje są tak samo wykolejeni życiowo, a powieść ukazuje próby uporządkowania tego co sami bądź z pomocą osób trzecich porozrzucali. Astrid udaje się to osiągnąć, i umiera pogodzona ze sobą samą, synem, otoczeniem i przeszłością. Damian miota się bezradnie po stolicy Francji, gdzie przyjechał na pogrzeb matki, pełen pretensji do wszystkich, i do samego siebie. Nie zdaje sobie sprawy że ułożenie się ze światem należy zacząć od naprawy stosunków z samym sobą, że musi wreszcie dorosnąć. Opuszcza stary kontynent z mocnym postanowieniem poprawy. Wiadomo jednak gdzie najczęściej lądują postanowienia.

Reisefieber nie oszałamia literacko, ale też dzięki nierzadko głębokim przemyśleniom bohaterów, trafnym spostrzeżeniom na temat otaczającej nas rzeczywistości, przywołuje nieraz bolesne wspomnienia z naszej własnej biografii. Debiutancka powieść Łozińskiego jest swego rodzaju sygnałem ostrzegawczym. Jeżeli nie jest jeszcze za późno, warto zastanowić się nad tym jak naprawić to co się zepsuło.  Brakuje w niej jedynie odrobiny optymizmu, czekoladki, którą mama dawała nam w dzieciństwie, po tym jak wypiliśmy gorzkie lekarstwo.