Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 sierpnia 2016

Nick Hornby "Funny Girl"

kadr z serialu "That Girl", na zdjęciu aktorka Marlo Thomas, foto z internetu. 

Najnowsza, długo wyczekiwana powieść brytyjskiego mistrza prozy obyczajowo-komediowej, Nicka Hornbyego. Budzi skrajne emocje, począwszy od zachwytów, przez neutralne "zaliczenie", po dosyć krytyczne wypowiedzi. Jednych rozśmiesza, innych nudzi albo irytuje. Mnie zaciekawiła. 

niedziela, 3 kwietnia 2016

Co nam w duszy gra ? Czyli "Lustrzany świat Melody Black"

lustrzany świat melody black  recenzja

Co nam w duszy gra? Zazwyczaj nikt tego nie wie, aż do momentu gdy jakieś wydarzenie, wspomnienie, piosenka, jakiś impuls nie wywołają kakofonii. Coś takiego właśnie spotyka Abby, bohaterkę najnowszej powieści brytyjskiego pisarza Gavina Extence

niedziela, 20 marca 2016

David Nicholls "Dubler"


david nicholls "dubler" recezja powieści oczytany facet

Zazwyczaj, kiedy czytasz książkę, w głowie tworzy się samoistnie opinia na jej temat. Emocje wywołane lekturą przeradzają się w słowa, które od razu łączą się w zdania. To znaczy że książka jest jakaś, i nie ważne już czy dany tytuł uważamy za dobry czy nie. W przypadku Dublera niestety nic takiego nie miało miejsca. Jedyną refleksją, jaką książka Davida Nichollsa wywołuje w czytelniku, jest stwierdzenie iż nie zawsze warto trzymać się jakiejś idei czy, jak w przypadku Stephena C. McQueena, pomysłu na siebie. Czasem gra jest niewarta świeczki, bez szans na wygraną, i zwyczajnie lepiej odpuścić. Taka myśl będzie jednak odkrywcza tylko dla kogoś kto w życiu nie zabrnął jeszcze w ślepą uliczkę. 

sobota, 15 sierpnia 2015

Jeffrey Archer "Sprawa honoru"


 Jeffrey Archer, a dokładniej Jeffrey Howard Archer, baron Archer Weston-super-Mare, jest brytyjskim politykiem i pisarzem. W Polsce jest znany chyba głównie z trylogii "Kane i Abel". Akcja jego powieści rozgrywa się najczęściej w środowisku polityków, szpiegów, ludzi z wyższych sfer, którym przyszło pociągać za sznurki świata. Nic dziwnego, w końcu poznał tę "branżę" od podszewki, i jak na moje oko laika, przedstawia ten świat bardzo dokładnie.

Sprawa Honoru jest thrillerem polityczno - historycznym. Rzecz dzieje się w latach 60-ych minionego stulecia. Młody weteran wojskowy, Adam Scott, dziedziczy w spadku po zmarłym ojcu, również wojskowym, tajemniczy depozyt w jednym ze szwajcarskich banków. Depozytem tym okazuje się być kopia słynnej Carskiej Ikony, przedstawiającej świętego Jerzego walczącego ze smokiem. Zadowolony spadkobierca odbiera swoją własność z banku, z zamiarem sprzedania ikony. Okazuje się jednak że ikoną interesują się też inni, w tym samo KGB, oraz brytyjski i amerykański wywiad. Adam, podejrzany o podwójne morderstwo, musi uciekać. Wrogiem staje się dla niego niemal każdy, a najgroźniejszym z nich jest Aleksander Romanow, agent KGB. Jaki sekret skrywa ikona? Kto ją przejmie, Anglicy, Amerykanie czy Rosjanie? Na te pytania, oraz kilka innych, których postawienie w tym miejscu całkowicie zepsułoby przyjemność z lektury, musicie poszukać odpowiedzi sami.

Powieść rozpoczyna się bardzo leniwie, i przez około 100 stron toczy się niespiesznie przed siebie, wzbudzając podejrzenia że będzie to książka o słownych przepychankach polityków i agentów służb specjalnych. W pewnym momencie docieramy jednak do punktu przełomowego, i narracja gwałtownie się rozrasta, jak woda przybierająca podczas powodzi. Szybka akcja, pełna zwrotów , choć nie tak spektakularnych jak w dzisiejszej literaturze i kinie sensacyjnym, błyskawicznie prowadzi czytelnika do końca, który niestety znów nieco drażni. Nasz bohater, który przez większą część powieści był zwierzyną dla polujących na niego przedstawicieli skłóconych ze sobą mocarstw, najczęściej sam pakując się w kłopoty, i tylko dzięki swojemu wojskowemu wyszkoleniu cudem udaje mu się uchodzić z życiem, nagle odkrywa w sobie pokłady inteligencji i to on przejmuje rolę dyktującego warunki. Również  wątek ojca Scota, który okrył się złą sławą przez przypadek wplątując się w sprawę przedwczesnej śmierci Hermana Goeringa, nie pasuje do całej reszty. Początkowo wydaje się być istotną częścią opowiadanej historii, w końcu to za sprawą ojca Adam wplątuje się w międzynarodową awanturę, ale potem sprawa ta znika, by wypłynąć ponownie na zakończenie powieści, a upór z jakim Scott nie chce oddać ikony, wydaje się być przez to zwyczajnie głupi.

Jeffrey Archer z dbałością o szczegóły opisuje poczynania polityków i ich wysłanników, makabryczne sceny tortur i próby ukrycia coraz bardziej sztywnych zwłok. Niewiele miejsca poświęca jednak opisom otoczenia, przez co Sprawa honoru przypomina niedopracowany  scenariusz. Brakuje tu zabawy słowem, mało w tej literaturze literatury. Niektóre elementy fabuły są też bardzo przewidywalne. Uważny i  doświadczony czytelnik czy też kinoman, pewnych rozwiązań domyśli się już na samym początku powieści, a to zdecydowanie odbiera sporo przyjemności przy obcowaniu z tego typu powieścią.

Mimo wszystko nie żałuję czasu poświęconego na przeczytanie Sprawy honoru. Jest to kolejna idealna pozycją na wakacyjne leniuchowanie, tym różniąca się od współczesnych besstelerów, że opowiada o bardzo prawdopodobnych wydarzeniach i faktach historycznych. Niewiele jednak wniesie w wasze życie, więc jeśli planujecie pakując się na urlop do walizki schowacie coś innego do czytania, zróbcie tak.

czwartek, 26 lutego 2015

John Boyne "Spóźnione wyznania"



Zarzucono mi że na blogu pojawiają się ostatnio same negatywne recenzje. Cóż mogę powiedzieć? Mnie też to irytuje, ale tylko takie książki, zasługujące w najlepszym razie na neutralną opinie, trafiają ostatnimi czasy w moje ręce. Zmęczyło mnie to i nieco zniechęciło do czytania czegokolwiek. Ucieszyłem się więc gdy napotkałem najnowszą powieść Johna Boyne'a. O autorze słyszałem wiele dobrego. Widziałem też fragmenty ekranizacji jego poprzedniej książki. Byłem święcie przekonany że Spóźnione wyzwania odwrócą wreszcie moją czytelniczą złą passę. Tym razem przeczucie niestety mnie zawiodło. 

Powieść jest tak beznadziejnie nijaka, że nie wiem nawet jak ubrać w słowa opis tej nijakości. Przychodzi mi na myśl pewne porównanie, z głośnym swego czasu filmem o uczuciu które połączyło dwóch kowbojów. Wszyscy się nim zachwycali, płakali, wzruszali, a ja obejrzałem go bez jakichkolwiek emocji. Spóźnione wyznania również opowiadają o uczuciu które w trudnych czasach połączyło dwóch młodych mężczyzn, i tak jak wspomniany film, nie wzbudza we mnie żadnych emocji.

Już od pierwszych stron przekonujemy się że historia miłości Tristana i Willa pozbawiona jest happy endu, oraz że Will nie przeżył wojny. Taki autorski spoiler na samym początku przygody z książką to niewybaczalny błąd, który w połączeniu ze stereotypowością, z jaką John Boyne potraktował temat miłości homoseksualnej, odbiera sens dalszej lekturze. Jadący na spotkanie z siostrą swojego ukochanego Tristan wymienia zbyt długie spojrzenie z nieznajomym młodym mężczyzną, podróżującym ze swoją narzeczoną, zapewne krypto gejem. W motelu, w którym się zatrzymuje kilka godzin wcześniej miał miejsce skandal o podłożu homoseksualnym, a siostra Willa powala na kolana stwierdzeniem że Tristanowi zapewne trudno było stwierdzić że jej brat był przystojny, gdyż jest mężczyzną. Anglia tuż po Pierwszej Wojnie Światowej najwyraźniej była krajem zaludnionym przez gejów, a mężczyźni heteroseksualni bez wyjątku byli upośledzonymi tępakami. 

Spóźnione wyznania to już druga powieść z kręgu literatury angielskiej, którą przyszło mi czytać w ciągu minionego półrocza, która poraża flegmatycznością i przegadaniem. Tristan snuje się bez celu po miasteczku i ucina sobie długie pogawędki z nieznajomymi, co niczego nie wnosi do akcji. Właściciele pensjonatu, zamiast powiedzieć wprost co się stało i dla czego jego pokój nie jest jeszcze gotowy, kręcą się wokół tematu jak zabawkowe bąki, a potem bez wahania opowiadają o rodzinnych problemach. Spotkanie z panną Bancroft również ciągnie się niemiłosiernie. Najprawdopodobniej sztuczne zachowanie tej dwójki i głupoty jakie plotą, to efekt zdenerwowania i przerażenia jakie ich ogarnęło przed tym do czego zmierzała ich rozmowa. Powinno to wzbudzać współczucie, jednakże we mnie scena ta wzbudziła tylko złość. Powieść zyskuje na chwilę gdy narrator przenosi czytelnika kilka lat wstecz, do momentu gdy Tristan i Will poznają się. Szybko przekonujemy się jednak o przewidywalności zachowań i kolejnych etapów tej znajomości, od pierwszego spojrzenia, przez wybór prycz, przyjacielskie bójki, zazdrość, wspólne warty i zaprzeczenie swojej orientacji, wreszcie pierwszy sex, efekt smutnego wydarzenia, i wszystko to co miało miejsce później. 

Podobno atutem tej prozy jest umieszczenie akcji w czasach zdecydowanie nieprzychylnych, nieodpowiednich dla tego typu miłości. Cóż, na dobrą sprawę nigdy nie było i nie będzie właściwego momentu dla uczucia łączącego dwie osoby tej samej płci. Nawet dzisiaj, w dobie takiej otwartości i tolerancji, w najlepszym wypadku nie przeszkadza to nam, pod warunkiem że nie dotyczy to naszych bliskich, a wiele osób homoseksualnych wciąż żyje w ukryciu. John Boyne nie wniósł nic nowego do tematu, a jego odtwórcza powieść to nic innego jak objaw choroby zwanej grafomanią.

czwartek, 1 stycznia 2015

Eleanor Catton "Wszystko, co lśni"


eleanor catton wszystko co lśni

Pierwszy tegoroczny wpis dotyczy jeszcze minionego roku, i przeczytanej wczorajszego ranka książki Wszystko, co lśni autorstwa Eleaonor Catton. Odetchnąłem z ulgą gdy dobrnąłem do ostatniej strony. Dawno już żadna powieść tak mnie nie wymęczyła i zirytowała.

Zastanawiam się, nie po raz pierwszy, czym kierują się osoby przyznające nagrody literackie. Dla mnie, laika w tej materii, kryterium wyboru laureata powinien być kunszt pisarski, wartości jakie ze sobą niesie nagrodzony utwór i wreszcie treść. Mam wrażenie że kapituła Bookera nie ma ich wcale, ewentualnie ważna jest dla nich poczytność, liczba przekładów i sprzedanych egzemplarzy, a to w żadnej mierze nie świadczy o wartości utworu literackiego. Potwierdza to fakt iż Pani Catton w 2013 roku otrzymała za Wszystko, co lśni, za tę straszliwą cegłę, właśnie nagrodę Bookera (i 50 000 funtów!). W powieści  Eleonor nie ma nic, dosłownie nic wartościowego, przykuwającego uwagę zachwycającego czy chociażby czegoś co mogłoby wzbudzić niezdrową sensację. Pełno w niej natomiast dłużyzn, potwornych dłużyzn niczym w spaghetti westernach i nieustannych opowieści i opowieści w opowieściach, które zajmują większą część opasłego tomiszcza. Można odnieść wrażenie że mieszkańcy Hokitika nie robili nic innego poza spotykaniem się w dwoje i dyskutowaniem. Kiedy mieli zatem czas na poszukiwanie złota?


Intryga, którą pisarka starała się nakreślić bardzo misternie, ale jak wiadomo dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, trzyma się kupy na słowo honoru. Przede wszystkim nieprawdopodobne wydaje mi się to że zamieszani w historię ludzie z taką łatwością opowiadają nieznajomemu przybyszowi o swoim w niej udziale. Jeszcze mniej prawdopodobne jest to że ta cała hałastra przypadkowo spotyka się w małej mieścinie na końcu świata. Wszyscy bohaterowie, nie wyłączając z tego grona prostytutki i podstarzałych chińczyków, są przemądrzali i niesamowicie elokwentni, zawsze wiedzą co odpowiedzieć i jak odbić piłeczkę w słownej przepychance. Straszliwie razi tez nadużywanie przez licznych w książce mężczyzn, nawet przez duchownego,  słowa "dziwka" wobec Anny. Nie czytałem oryginału, więc nie potrafię stwierdzić czy to wina tłumacza, czy też pisarka ma ograniczone słownictwo. Mało porywająca fabuła, odpowiednia dla taniego czytadła, niepotrzebnie rozbudowana o nieudolne próby pogłębienia psychologicznego postaci, wieńczy finał miałki i bez wyrazu. Autorka chyba spała na zajęciach z kreatywnego pisania i powinna powtórzyć klasę. 

Zdecydowanie odradzam lekturę. Jest przecież tyle innych, naprawdę pięknych książek, które tylko czekają na to by zostać przeczytane. I właśnie takich tytułów życzę wszystkim w nowym, 2015 roku. 



piątek, 5 grudnia 2014

John Galsworthy "Saga rodu Forsyte'ów"


Pisanie o tej powieści rzece przypomina wspinaczkę na K2 albo inny z morderczych szczytów, i trochę się tego obawiam, ale do odważnych świat należy. Trudno jest mierzyć się z dziełem które napisano prawie 100 lat temu, a które opowiada o jeszcze starszych czasach. Chociaż mój nauczyciel historii z liceum, którego nikt nie lubił, tylko lizusy udawały że jest inaczej, i którego serdecznie nie pozdrawiam, twierdził że to grafomania i literatura schodów kuchennych. Nigdy w niczym się z nim nie zgadzałem, a w szczególności w tym punkcie.

Jak sam tytuł wskazuje, jest to saga rodzinna, jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Trzy tomowa Saga rodu Forsyte'ów, opowiadająca o losach zamożnej londyńskiej rodziny na przestrzeni kilku dekad, to zaledwie część wielkiego cyklu, w którego skład wchodzi jeszcze trzy tomowy Koniec rozdziału, zbiór opowiadań Na giełdzie Forsyte'ów oraz również trzy tomowa Nowoczesna komedia. Ten ostatni cykl jest luźno powiązany z pozostałymi tytułami poprzez kilka głównych postaci z poprzednich części, które tutaj przewijają się na dalszym planie. W sumie ponad 100 lat historii. Przyznać trzeba że niezwykle fascynującej historii, która urzeka na kilku płaszczyznach. 

Przede wszystkim wątek główny, czyli familia Forsyte'ów. Budowa wielkiej fortuny i rozrastająca się z każdym pokoleniem rodzina. Przyjaźnie, miłości małe i duże, zatargi, zdrady i sekrety, ale też wielka siła rodziny. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, ale nie zawsze tak bywa. Czasem bliscy są nimi naprawdę i można na nich liczyć w ciężkich chwilach, nawet jeśli wcześniej samemu się ich zawiodło. Zabawnie jest obserwować podskakujące małe dziewczynki, przeradzające się w szalejące na przyjęciach podlotki, a potem stateczne matrony.

Oprócz tego mamy tutaj do czynienia z fantastycznym studium epoki która przeminęła bezpowrotnie. Opisy przyjęć, spotkań towarzyskich, zabaw, zwyczajów i zachowań. W każdym niemal zdaniu czuć wielki sentyment autora do świata dam i dżentelmenów, spacerów, powozów, aut przypominających karety, pięknych sukien i eleganckich fraków, który był jego teraźniejszością i nagle okazało się że nic już prawie z niego nie pozostało. Galsworthy pochwala to co piękne, honor, zasady moralne,  życie bliższe naturze i drugiemu człowiekowi. Nie szczędzi też słów krytyki wobec klasy społecznej do której należą jego bohaterowie, i z której sam się wywodzi. Im bliżej końca i czasów nam współczesnych, lat 20-ych i 30-ych XX wieku, tym więcej niestety krytycyzmu.

Cykl doczekał się kilku ekranizacji. Pierwsza z nich, That Forsyte Woman z 1949 roku, skupia się tylko na niewielkim fragmencie, wątku nieszczęśliwej miłości Soames'a Forstye i jego żony Irene. W 1967 roku nakręcono serial telewizyjny pod tytułem Saga rodu Forsyte'ów. Istny tasiemiec jak na tamte czasy, emitowany również w polskiej telewizji, tak jak i nowsza wersja z lat 2002 i 2003. Widziałem obydwa seriale i, chociaż ten nowy jest kolorowy i technicznie lepszy, nie może się równać ze starszą produkcją. 

Najlepsza pozostaje i tak książka. Nie jest to jednak lektura łatwa, i nie przypadnie do gustu tym, którzy oczekują wartkiego tępa i nagłych zwrotów akcji. Czas, jak to czas, raz ciągnie się niemiłosiernie, a raz pędzi jak odrzutowiec, przynosząc kolejnym Forsyteom radości, smutki, dramaty i miłostki, przeplatane zwykłą codziennością. I właśnie dlatego tak bardzo lubię tę powieść.

środa, 26 listopada 2014

Susanne Clarke "Jonathan Strange i Pan Norell"


Trzytomowe dziełko brytyjskiej pisarki, Susanne Clarke, jest jak śnieżna kulka rzucona ze szczytu wysokiej góry. Upada na ziemię i toczy się, stając się coraz większą i bardziej niebezpieczną. Początek pierwszego tomu  może być trochę nudny dla miłośników gatunku. Jak na powieść fantasy dosyć długo nie dzieje się nic fantastycznego ani magicznego. Co prawda mamy do czynienia z całą bandą magów, ale są to magowie stricte brytyjscy, bardziej naukowcy teoretycy od magi. Panowie magowie zbierają się w bibliotece i dyskutują na tematy magii i czarów. Broń Boże nie wolno jej uprawiać. To nie przystoi prawdziwemu dżentelmenowi. Wśród znakomitego towarzystwa ogromną popularnością i szacunkiem cieszy się Pan Norell, mag o ogromnej wiedzy i zagorzały przeciwnik praktyk czarnoksięskich. Jest poważany nie tylko przez kolegów po fachu, ale również przez zwykłych mieszkańców Londynu. Zapraszany na obiady, bankiety i bale bryluje w towarzystwie. Pewnego dnia pojawia się nowy mag, młody Jonathan Strange. Początkowo niewiele wie na ten temat, ale jest rządny wiedzy i ma chłonny umysł. Szybko zyskuje przyjaźń Pana Norella, od którego wiele się uczy. Nadchodzi w końcu moment, w którym Jonathan postanawia sprawdzić to czego się nauczył w praktyce. Błyskawicznie staje się osobą najbardziej pożądaną w dziewiętnastowiecznej londyńskiej śmietance towarzyskiej i otrzymuje posadę głównego maga w armii. Jak można łatwo się domyśleć, przyjaźń pomiędzy magami przeradza się w rywalizację. 

Z każdym rozdziałem zapadamy się coraz głębiej w bagno, jakim okazuje się być magia praktyczna. Poznajemy elfy, mroczne, niemal pozbawione uczuć, samolubne i dumne istoty, które nienawidzą ludzi, zmuszających ich czarami do posłuszeństwa. Dowiadujemy się też co tak naprawdę kieruje Panem Norellem, i dlaczego jak ognia unika rzucania zaklęć. Klimat powieści z zabawnego pastiszu nie wiadomo kiedy przeradza się w mroczną, ciężką i przyprawiającą o dreszcze powieść, od której nie sposób się oderwać.

Jonathan Strange i Pan Norell to naprawdę świetna fantastyka. W skali od 1 do 10 zdecydowanie 10 +, przy czym taką samą punktację przyznaję twórczości Gaimana. Kto zna i lubi tego pan już powinien biec do najbliższej księgarni albo biblioteki.Pozostali muszą uwierzyć mi na słowo. Warto.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Nick Hornby na srebrnym ekrenie


Nick Hornby, jeden z bardziej popularnych pisarzy Brytyjskich, swego czasu dobrze znany również w Polsce, a to za sprawą udanej ekranizacji powieści Był sobie chłopiec, dzisiaj jest chyba troszkę zapomniany. Bardzo nad tym ubolewam, bo Hornby to świetny pisarza. Może nie tworzy wiekopomnych dzieł, ale jego książki czyta się świetnie. Bohaterami Nicka są ludzie mocno pokomplikowani, uroczo zakręceni, często irytujący, daleko odbiegający od ideałów, a historie które są ich udziałem, niby banalne, zwyczajne, na długo zapadają w pamięć, a nie raz i nie dwa można przy nich uronić łzę czy też pośmiać się do bólu brzucha. Dużym atutem tych powieści jest fakt że są jednocześnie gotowymi scenariuszami filmowymi. Doliczyłem się czterech ekranizacji. Jeżeli jakąś pominąłem, proszę o uzupełnienie.



Pierwsze były Przeboje i podboje z 2000 roku. Idiotycznie spolszczony tytuł. Kompletnie nie rozumiem czemu polski dystrybutor zdecydował się na taki krok, ale u nas to przecież norma. Oryginalny tytuł, High Fidelity, został natomiast świetnie oddany w polskim tłumaczeniu pierwowzoru literackiego jako Wierność w stereo. Świetna rola Johna Cusacka jako Roba Gordona (w książce Rob Fleming), niedojrzałego emocjonalnie melomana, właściciela sklepu muzycznego do którego chciałoby się wejść i już nigdy nie wychodzić, oraz Jacka Blacka, jako Barry, nieco niezrównoważony, chamski zafiksowany na punkcie muzyki i idealnego brzmienia, kumpel i współpracownik głównego bohatera. Na tym tle blado wypadła Iben Hjejle - Laura, była dziewczyna Roba. Zarówno film jak i książka pełne są dobrej muzyki, zabawnych i wzruszających sytuacji, które są tłem dla przemiany Roba w człowieka myślącego, odczuwającego jak dorosły człowiek.  Gorąco polecam, oczywiście najpierw lekturę powieści a dopiero potem seans filmowy. W odwrotnej kolejności to nie ma sensu.



Dwa lata później, w 2002 roku, powstał film Był sobie chłopiec. Tytuł trochę niejednoznaczny, bowiem mamy tu do czynienia z dwoma chłopcami, trzydziestokilkuletnim playboyem Willem Freemannem (w tej roli znakomity Hugh Grant) oraz dwunastoletniego, samotnego i pełnego kompleksów Marcusa, wychowywanego przez cierpiąca na depresje matkę (Toni Collette). Na pierwszy rzut oka wydawałoby się że samolubnego lenia patentowanego, jakim jest Will, i skromnego, uczynnego, pragnącego kontaktu z drugim człowiekiem Marcusa nic nie może połączyć. Obaj chłopcy stają się jednak dla siebie kimś ważnym. Will dla Marcusa staje się niemal ojcem, a Will od Marcusa jak otworzyć się przed bliskimi mu ludźmi. Rola Willa sprawiła że bardzo polubiłem Hugh Granta, który okazał się świetnym aktorem, a Nick Hornby, którego wcześniej nie znałem, stał się jednym z moich ulubionych autorów. W tym roku powieść doczekała się nowej ekranizacji, ale mam co do niej mieszane uczucia. Są filmy których remake-ów nie wolno robić.

Nauka spadania (Długa droga w dół), chyba najlepsza i zarazem najbardziej poważna powieść Hornby-ego, jaką miałem okazję czytać. Jest to opowieść o czwórce samobójców, która postanawia, każde z osobna, nie znając się, skończyć ze sobą skacząc z dachu. Los chciał że wybierają ten sam dach i tę samą porę. Nie mogąc dojść do porozumienia kto ma skoczyć pierwszy, a kto w ogóle, zawierając porozumienie. Przez rok żadne z nich ni pomyśli o odebraniu sobie życia i będą się regularnie spotykać. W rolach głównych Toni Collette i Pierce Brosnan. Film wkrótce będzie mieć swoją premierę na kanale HBO.