sobota, 27 grudnia 2014

Michael Ende "Momo, czyli osobliwa historia o złodziejach czasu i dziecku, które zwróciło ludziom skradziony im czas"


Dojrzały czytelnik jest w o tyle lepszej sytuacji od czytelnika dziecięcego, i nie mam tu na myśli tylko wieku ale również stan umysłu, że z powodzeniem i przyjemnością może czytać również literaturę dziecięcą. Często bywa tak, że w dorosłym życiu sięgamy po naszą ulubioną książkę z dzieciństwa i, pod pretekstem czytania własnemu dziecku, toniemy w niej bez reszty. Tak właśnie było z Momo. Co prawda w dzieciństwie namiętnie zasłuchiwałem się w słuchowisku radiowym pod tym samym tytułem, a w postaci papierowej natrafiłem na tę piękną baśń dopiero w tym roku. Nie zmienia to jednak faktu że po raz drugi zakochałem się w tej historii, odnajdując w niej wiele szczegółów niezauważalnych dla małego chłopca. 

Momo, czyli osobliwa historia o złodziejach czasu i dziecku, które zwróciło ludziom skradziony im czas, jak sam tytuł wskazuje, jest opowieścią o małej i dzielnej dziewczynce, która ratuje świat. Historia w niczym nie podobna do dzisiejszych plastikowych papek o dziecięcych super bohaterach, serwowanych naszym pociechom na każdym kroku. Momo nie posiada żadnych mocy, nie jest nieśmiertelna, nie ma żadnej broni, nie ma nawet prawdziwego domu i rodziny. Jedyne co posiada to przeogromne serce, w którym znajdzie się miejsce dla każdego, bogatą wyobraźnię, wiarę w dobro i w ludzi oraz nieskończone pokłady czasu, który jest w stanie zaofiarować każdemu. Dziewczynka żyje sobie spokojnie w starych ruinach, otoczona wianuszkiem przyjaciół, rówieśników i dorosłych. Pewnego dnia zostaje jednak sama. Nagle okazuje się że nikt nie ma dla niej czasu. Wszystko to jest sprawką Szarych Panów, którzy pojawiają się nie wiadomo skąd, i zabierają ludziom czas. Mała Momo, odporna na ich bełkotliwe gadki, godne najlepszych pracowników banków, staje się dla nich zagrożeniem, które należy usunąć. Przerażona i osamotniona Momo znajduje wsparcie w żółwicy Kasjopei, przewidującej przyszłość na pół godziny w przód. Drugim sprzymierzeńcem jest zarządca czasu Mistrz Secundus Minutius Hora. 

Piękna i wciągająca bajka, odpowiednia dla czytelnika w każdym wieku. Napisana być może trochę zbyt prostym językiem, podsuwam nam prawdę tak oczywistą, że łatwo ją przeoczyć. Czas spędzony z bliskimi osobami, czas poświęcony komuś, a nawet czas przeznaczony na drobne przyjemności jest naszym skarbem, jest bezcenny i niezbędny dla życia.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Zimowa opowieść" w pierwszy dzień zimy



Zimową opowieść przeczytałem pod koniec poprzedniej zimy, w pierwszym kwartale tego roku. Zawsze miałem słabość do powieści z wątkiem miłosnym, a gdy łączy się z elementami fantastyki, wpadam jak śliwka w bigos. Premiera Zimowej w polskim przekładzie zbiegła się z premierą filmu i było trochę głośno o powieści. Ogólny zarys fabuły i urokliwa okładka kusiły mnie długo i w końcu skusiły. 

Co za fantastyczna książka! Takie było moje pierwsze wrażenie. Ten język, opisy, postacie, krajobrazy, akcja, trochę jak ze snu, trochę jak u Dickensa. Cudownie się czytało. Strona za stroną znikała niepostrzeżenie. Pierwszy z momentów kulminacyjnych, scena na moście, wywoła przejściową gorączkę i konieczność odłożenia Helprina na bok. Być może to był błąd. Może trzeba było iść za ciosem, i z wypiekami na twarzy czytać dalej i tak siłą rozpędu gładko dojść do końca. Nie ma co gdybać. Nie zrobiłem tak, i gdy po kilkudniowej przerwie powróciłem do lektury, nie byłem już w stanie jej dalej strawić. Realizm magiczny w wykonaniu amerykańskiego pisarza jest męczący i trochę śmieszny. Tabuny postaci, nawymyślanych zupełnie niepotrzebnie, utrudniają połapanie się w całości, kto jest kim i z kim, i jeszcze dlaczego, oraz kiedy. Tak naprawdę nic tu nie jest ani realne, ani magiczne, tylko naciągane i szyte grubymi nićmi. Irytuje zwłaszcza wielka, kochająca się i szczęśliwa rodzina, jaką tworzą członkowie redakcji, ludzie którym zawsze  wszystko się udaje odkąd spotkali na swojej drodze redaktora naczelnego, niemal boga.

Przypinanie Opowieści łatki arcydzieła literatury amerykańskiej jest nie tylko przesadą, ale też ogromną krzywdą w stosunku do tych twórców, którzy w przeciwieństwie do Marka Helprina byli lub są naprawdę wielkimi pisarzami, mieli coś ważnego do przekazania i zrobili to w piękny sposób. W prozie Helprina, przynajmniej tej niewielkiej próbce, nie ma nic wartościowego. Zwykła książeczka do kanapki rano, czy kotleta w południe. Naprawdę dziwią mnie zachwyty wygłaszane na jej temat. No chyba że jest się Dorotą Wellman, i głupieje się po przeczytaniu czegoś więcej poza scenariuszem kolejnego odcinka Dzień Dobry TVN.

sobota, 20 grudnia 2014

Irvin Shaw, autor zapomniany



Irwin Shaw jest w Polsce już chyba trochę zapomnianym pisarzem. Jeśli się mylę to proszę wyprowadzić mnie z błędu. Głośny kiedyś serial  Pogoda dla bogaczy, na podstawie powieści tego Pana przyniósł także popularność jego książkom. Dzisiaj próżno szukać ich po księgarniach, a wielka to szkoda, gdyż to jeden z lepszych pisarzy amerykańskich.

Przyszedł na świat 27 lutego 1913 roku jako Irwin Shamforoff w południowym Bronksie, dzielnicy Nowego Jorku, w rodzinie żydowskich emigrantów z Rosji. Następnie rodzina przeprowadziła się do Brooklynu zmieniając na nazwisko na Shaw. Swoją przygodę z pisaniem Irwin rozpoczął już w  college'u, który ukończył, gdzie redagował szkolną gazetę. Rok po ukończeniu szkoły zajął się pisaniem scenariuszy, słuchowisk radiowych i sztuk teatralnych. Jego pierwsza sztuka została wystawiona w 1936 roku. Brał udział w II wojnie światowej, i te przeżycie posłużyły za kanwę jego debiutanckiej powieści Młode Lwy.  Po wojnie, oskarżony o sympatyzowanie z komunistami, znalazł się na czarnej liście. Wyemigrował do Europy, gdzie mieszkał przez blisko 25 lat. To właśnie na starym kontynencie powstały jego najlepsze dzieła. 

Dotychczas miałem przyjemność przeczytać Hotel Św. Augustyna (w oryginale Nightwork) oraz Wieczór w Bizancjum. Napisane lekko i przyjemnie, poruszają już nie tak lekkie i miłe tematy. W obydwu powieściach Shaw krytykuje amerykański styl życia, przedstawiając swoich rodaków jako ludzi pozbawionych zasad, często pustych i zachłannych. W Wieczorze w Bizancjum obrywa się  również i innym nacjom, ludziom filmu i kina. Shaw po mistrzowsku zawiązuje wątki fabularne, łącząc i mieszając je ze sobą w taki sposób że zakończenie w obydwu przypadkach były dla mnie zaskoczeniem. Spotkałem się z opinią iż słabą stroną jego utworów są właśnie zakończenia, za każdym razem miałkie i bez wyrazu. Nie mogę się z tym zgodzić. Irwin nie pisał kryminałów ani powieści sensacyjnych, zatem nie powinniśmy oczekiwać spektakularnych finałów niczym w filmach o Bondzie. Umiejętność zamknięcia fabuły w sposób naturalny, życiowy a przy tym zaskakujący to naprawdę duży plus. Kolejną zaletą jest wciągająca narracja, prowadzona w pierwszej osobie, co wzbudza sympatię do głównego bohatera. 

Irwin Shaw był nie tylko świetnym pisarzem, ale również wnikliwym obserwatorem życia i ludzi. Jego pierwsze publikacje pochodzą z lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku, a ostatnia powieść, Dopuszczalne straty, ukazała się w 1982 roku, więc ponad ćwierć wieku temu. Wciąż jednak pozostają aktualne i dają wiele do myślenia. Polecam jako dobrą rozrywkę jak i pożywną strawę dla ducha.

czwartek, 18 grudnia 2014

Patrick Modiano "Zagubiona dzielnica"


Laureat literackiej nagrody Nobla. Brzmi dumnie i bardzo poważnie. Przyznaję że niewielu noblistów miałem przyjemność czytać. Nie żeby nie było możliwości czy okazji. Obcując z tak utytułowanymi twórcami czuję się niepewnie, często nie mogąc pojąć cóż tak zafascynowało kapitułę by przyznać nagrodę. Po Zagubioną dzielnicę sięgnąłem jednak bez wahania. Leżała w księgarni i przyciągała mnie ku sobie. 

Nie żałuję że dałem się porwać powieści Modiano, dosłownie i w przenośni. Autor  operuje słowami i obrazami w taki sposób że ma się wrażenie iż jest się w miejscu które opisuje, widzimy i odczuwamy to samo co bohater. Wrażenie to spotęgowane jest sprytnym wybiegiem, jaki stosuje Patrick, traktując czytelnika jak kogoś kto bardzo dobrze zna Paryż. Skraca w ten sposób dystans między pisarzem a czytającym, pozwalając nam wziąć udział w historii, co prawda wciąż jako obserwator, ale siedzący przy sąsiednim stoliku w kawiarni.

Akcja powieści posuwa się niespiesznie do... tyłu. Im bliżej końca tym więcej poznajemy szczegółów historii która wydarzyła się wiele lat temu i skłoniła naszego bohatera do opuszczenia rodzinnych stron. Wyszukane towarzystwo, bogactwo, nocne kluby, przyjęcia i koktajle, odrobina dekadencji, fascynacja Femme Fatale i ciemne interesy, a wszystko to u schyłku pięknej epoki, którą bohaterowie wspominają z rozrzewnieniem. Leniwa, upalna teraźniejszość w mieście które kiedyś znał Ambrose Guise, a które teraz coraz mniej przypomina Paryż sprzed 20 lat, jest mniej realna od jego wspomnień. Gdy Ambrose wraz z podstarzałym sobowtórem Tintina przemierza opustoszałe nocą ulice w pogoni za samochodem widmo, bliżej jej do sennych majaków. 

Dzięki takim smaczkom, okraszonym poetycznym językiem i wszechobecną melancholią, banalna opowieść o znudzonych życiem celebrytach z morderstwem w tle nabiera kolorów i wyrazistości. Nie sztuką jest napisać bestselerową powieść na pasjonujący temat, ale zajmująco opisywać przeciętność.


niedziela, 14 grudnia 2014

Magdalena Tulli "Szum"


Trudno stwierdzić czy Szum to powieść, czy zbiór wspomnień, swego rodzaju rozliczenie się z przeszłością, przebaczenie, katharsis. W jednym i w drugim wypadku jest to utwór wyjątkowy, delikatny niczym figurka z chińskiej porcelany i jednocześnie niewyobrażalnie ciężki. Tak to już bywa ze wspomnieniami. 

Mamy tu do czynienia z kolejnym tytułem poruszającym problematykę wojny i traumy jaką była dla tych którzy ją przeżyli. Wyróżnia się jednak spośród wielu podobnych ujęciem tematu. Wojnę widzimy oczami dziecka a potem dorosłej kobiety, żyjącej wiele lat po jej zakończeniu. Wszędzie kręcą się martwi esesmani, w szkole uczy się dzieci pogardy dla zachodnich sąsiadów, mieszkających w nierealnym, potwornym miejscu, a odkrycie że Niemcy są prawdziwymi ludźmi jest szokiem.

W życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Każda przykrość która nas spotyka jest głęboko zakorzeniona w przeszłości, przekazywana z pokolenia na pokolenie. To co robimy w następstwie przykrych wydarzeń nie pozostaje bez echa, chociaż czasem jest ono tak ciche że wydaje się nam iż go niema. Koszmar jaki podczas wojny przeżyły matka narratorki i jej siostra, koszmar który miał miejsce na tym etapie życia który powinien być od nich wolny, w dzieciństwie, sprawił że na zawsze zgubiły drogę powrotną do tego co było wcześniej. Nie potrafiąc żyć normalnie, chowając się za murem pozorów, milcząc o tym o czym powinny był krzyczeć aż do zdarcia gardła, zatruwały same siebie oraz swoich bliskich. Próbują zapomnieć o tym co przeżyły podświadomie przerzuciły ciężar przeszłości na narratorkę, zamykając ją w niewygodnej szufladce i przypinając łatkę, niemal gwiazdę Dawida, tej złej i problematycznej. Mając władzę nad tym komu będzie lepiej a komu gorzej, wykluczając kogoś, odbierając wszelkie przywileje, można poczuć się na chwilę lepszym, silniejszym. Siostry zapomniały o tym, a może nigdy nie zostały tego nauczone, że łamiąc w kimś ducha kaleczymy też swojego własnego. 

Autorka opisuje również szarą codzienność, świat w którym każdy ma coś do ukrycia, czegoś się boi, przed czymś ucieka, a najlepszą obroną jest atak. Podkreśla to, czego być może niektórzy nie są wstanie zauważyć, że często gorsza od fizycznej jest przemoc psychiczna, słowna. Trudniej się bowiem przed nią obronić. Poznajemy szkolne realia sprzed kilku dekad, które  niewiele różnią się od współczesnych. Okrutne środowisko rówieśników, niczym dzikie zwierzęta pozbywające się ze stada słabszych, zbyt odstających od reszty osobników. Znerwicowani nauczyciele, przenoszący swoje osobiste problemy do szkoły, często odreagowujący niepowodzenia i frustracje na uczniach.

Szum jest książką bardzo osobistą. Nie tylko dla autorki, ale i dla czytelników. Każdy jest w stanie odnaleźć w niej fragmenty własnego życia, własnego szumu.

Za książkę bardzo dziękuję miesięcznikowi Modny Kraków  i dobrym książkom.

czwartek, 11 grudnia 2014

Cathy Marie Buchanan "Malowane dzięwczęta Degasa"


Dwie dziewczynki w strojach baletnic, siedzące na drewnianej ławie i jedna, stojąca tyłem, z pochyloną głową i obnażonym karkiem. Czerwone tło z fragmentem dekoracyjnej ramki, przypominającej sztukaterie z wnętrz dziewiętnastowiecznych kamienic. Tak wygląda okładka Malowanych dziewcząt Degasa. Jak nic to ckliwe romansidło. Można tak pomyśleć, bo cóż ciekawego można znaleźć w książce opowiadającej o dziewczętach uczących się w szkole baletowej? Przeczytawszy tę powieść po raz kolejny przekonałem się jak bardzo pozory mogą mylić, i że życie tancerek wcale nie jest takie piękne, a jeśli usłane kwiatami, to tylko różami, których kolce wbijają się w stopy. 

Rzecz dzieje się pod koniec XIX wieku w ubogiej dzielnicy Paryża. Bohaterkami są trzy siostry van Goethem i wiecznie pijana matka. Przedwcześnie dojrzała Antoinette, matkująca młodszym siostrom, zakompleksiona, nadwrażliwa i ciekawa świata Marie i najmłodsza, najładniejsza z sióstr i nieco rozpuszczona Charlotte. Marie i Charlotte dostają się do szkoły baletowej przy Paryskiej operze. Tam ma rozpocząć się ich wielka przygoda i szansa na lepsze życie. Początkowo właśnie tak jest. Śliczniutka faworytka obrywa po uszach od surowej nauczycieli, a niepewne siebie, brzydkie kaczątko niespodziewanie szybko zaczyna piąć się po szczeblach tanecznej kariery. Pojawiają się wielbiciel i pierwszy sponsor. Nieoczekiwanie jednak wszystko wymyka się spod kontroli. Starsza siostra, uwikłana w romans i kryminalną aferę zaniedbuje podopieczne, a Marie spada z piedestału prosto w rynsztok. 

Lawina wydarzeń zasypuje dziewczyny z takim impetem że przestajemy wierzyć w pozytywne zakończenie, w to że siostrom uda się wyjść z impasu w jakim się znalazły i odmienić swoje życie. Warto jednak czytać dalej by przekonać się jak bardzo człowiek jest w stanie upodlić samego siebie, byle tylko przetrwać kolejny dzień. Autorka porusza też inny bardzo ważny temat, relacji między ludzkich. Każdy z nas potrzebuje odrobiny uwagi i zainteresowania. Bez tego usychamy jak niepodlewany kwiatek w doniczce. W powieści przykładem tego jest sława która trwa tylko chwilę, ale i tak wystarczająco długo by Marie zachłysnęła się nią, oraz niemal chorobliwe uzależnienie Antoinette od kochanka. Buchanan udowadnia że każdy, nawet jeżeli temu zaprzecza, gdy tylko pojawia się szansa bycia wielbionym, sięga po nią bez wahania.

Autorka bardzo szczegółowo opisuje Paryż końca XIX wieku, zwyczaje i zasady rządzące światem baletnic. Z wyjaśnień na końcu książki dowiadujemy się że większość postaci istniała naprawdę, a towarzyszące im wydarzenia tylko częściowo są fikcją literacką. Świadomość że większość z tych okropności faktycznie miała kiedyś miejsce sprawia że nieprędko zapomina się o Dziewczętach. Nie powinno to jednak zniechęcać do lektury tej smutnej, ale mądrej historii. Dodatkową rekomendacją dla przyszłych czytelników niech będzie fakt że powieść ukazała się nakładem PWN.

wtorek, 9 grudnia 2014

Przemysław Skokowski "Autostopem przez życie"

Zima jeszcze się właściwie nie zaczęła, w kalendarzu mamy wciąż jesień, ale faktycznie już rozgościła się dookoła. Niestety w paskudnym wydaniu listopadowego nie wiadomo czego. Krótkie dnie, spędzane najczęściej w pracy, długie wieczory i noce. Spragnieni słońca i ciepła łatwo popadamy w przygnębienie a nawet depresję. Szczęśliwcy mogą żyć wspomnieniami udanych wakacji i planować kolejne. Podczas snucia takich planów świetną inspiracją będzie Autostopem przez życie  Przemysława Skokowskiego
Jest to dosyć obszerny fragment bloga pod tym samym tytułem, będący relacją z kilkumiesięcznej podróży, jaką Przemek odbył z Gdańska do Birmy. Całą trasę pokonał autostopem, przeważnie sam, czasem tylko wędrując w czyimś towarzystwie. Nocował u ludzi korzystających z portali typu couchsurfing, przygodnie poznanych tubylców lub w rozbijanym na dziko namiocie, a raz nawet w eleganckim hotelu i to całkowicie za darmo, a całość tej niesamowitej ekspedycji nie kosztowała wiele więcej niż wczasy wykupione w biurze podróży. Wydawałoby się że przemierzywszy 26 000 kilometrów, wędrując w głąb całkowicie odmiennych kulturowo rejonów świata, miejsc nie zawsze bezpiecznych, nie można wyjść z tego bez szwanku. Przemkowi się udało. Prawie, bo i jego nie ominęła przygoda rodem z filmu sensacyjnego w..... Ale nie będę niczego zdradzać. Sami przeczytajcie. Lekki, niewymuszony styl Przemka sprawia że Autostopem ... czyta się jednym tchem. Zapadasz się jak w bagno gdzieś na dalekim wschodzie i zanim się zorientujesz już jesteś hen daleko, wędrując przez Kazahstan, łapiąc stopa w Kirgistanie, odwiedzając nocy klub w Moskwie, pijąc herbatę w jurcie czy też podziwiając świątynie w Pagan. Ta książka pachnie, brzmi i smakuje Azją, latem, przygodą, radością. Dodaje sił i daje nadzieje na przyszłość. W końcu jeśli autorowi udało się spełnić swoje marzenie, to i może mi się uda?  Poproszę o więcej.

piątek, 5 grudnia 2014

John Galsworthy "Saga rodu Forsyte'ów"


Pisanie o tej powieści rzece przypomina wspinaczkę na K2 albo inny z morderczych szczytów, i trochę się tego obawiam, ale do odważnych świat należy. Trudno jest mierzyć się z dziełem które napisano prawie 100 lat temu, a które opowiada o jeszcze starszych czasach. Chociaż mój nauczyciel historii z liceum, którego nikt nie lubił, tylko lizusy udawały że jest inaczej, i którego serdecznie nie pozdrawiam, twierdził że to grafomania i literatura schodów kuchennych. Nigdy w niczym się z nim nie zgadzałem, a w szczególności w tym punkcie.

Jak sam tytuł wskazuje, jest to saga rodzinna, jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Trzy tomowa Saga rodu Forsyte'ów, opowiadająca o losach zamożnej londyńskiej rodziny na przestrzeni kilku dekad, to zaledwie część wielkiego cyklu, w którego skład wchodzi jeszcze trzy tomowy Koniec rozdziału, zbiór opowiadań Na giełdzie Forsyte'ów oraz również trzy tomowa Nowoczesna komedia. Ten ostatni cykl jest luźno powiązany z pozostałymi tytułami poprzez kilka głównych postaci z poprzednich części, które tutaj przewijają się na dalszym planie. W sumie ponad 100 lat historii. Przyznać trzeba że niezwykle fascynującej historii, która urzeka na kilku płaszczyznach. 

Przede wszystkim wątek główny, czyli familia Forsyte'ów. Budowa wielkiej fortuny i rozrastająca się z każdym pokoleniem rodzina. Przyjaźnie, miłości małe i duże, zatargi, zdrady i sekrety, ale też wielka siła rodziny. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, ale nie zawsze tak bywa. Czasem bliscy są nimi naprawdę i można na nich liczyć w ciężkich chwilach, nawet jeśli wcześniej samemu się ich zawiodło. Zabawnie jest obserwować podskakujące małe dziewczynki, przeradzające się w szalejące na przyjęciach podlotki, a potem stateczne matrony.

Oprócz tego mamy tutaj do czynienia z fantastycznym studium epoki która przeminęła bezpowrotnie. Opisy przyjęć, spotkań towarzyskich, zabaw, zwyczajów i zachowań. W każdym niemal zdaniu czuć wielki sentyment autora do świata dam i dżentelmenów, spacerów, powozów, aut przypominających karety, pięknych sukien i eleganckich fraków, który był jego teraźniejszością i nagle okazało się że nic już prawie z niego nie pozostało. Galsworthy pochwala to co piękne, honor, zasady moralne,  życie bliższe naturze i drugiemu człowiekowi. Nie szczędzi też słów krytyki wobec klasy społecznej do której należą jego bohaterowie, i z której sam się wywodzi. Im bliżej końca i czasów nam współczesnych, lat 20-ych i 30-ych XX wieku, tym więcej niestety krytycyzmu.

Cykl doczekał się kilku ekranizacji. Pierwsza z nich, That Forsyte Woman z 1949 roku, skupia się tylko na niewielkim fragmencie, wątku nieszczęśliwej miłości Soames'a Forstye i jego żony Irene. W 1967 roku nakręcono serial telewizyjny pod tytułem Saga rodu Forsyte'ów. Istny tasiemiec jak na tamte czasy, emitowany również w polskiej telewizji, tak jak i nowsza wersja z lat 2002 i 2003. Widziałem obydwa seriale i, chociaż ten nowy jest kolorowy i technicznie lepszy, nie może się równać ze starszą produkcją. 

Najlepsza pozostaje i tak książka. Nie jest to jednak lektura łatwa, i nie przypadnie do gustu tym, którzy oczekują wartkiego tępa i nagłych zwrotów akcji. Czas, jak to czas, raz ciągnie się niemiłosiernie, a raz pędzi jak odrzutowiec, przynosząc kolejnym Forsyteom radości, smutki, dramaty i miłostki, przeplatane zwykłą codziennością. I właśnie dlatego tak bardzo lubię tę powieść.

wtorek, 2 grudnia 2014

Do księgarni po zakupy

Tak sobie piszę o książkach starych i trochę nowszych, a rynek wydawniczy, pomimo tego że tak mało ludzi czyta, wciąż żyje, rozwija się i zmienia. Niestety spora część nowości w księgarniach to straszny chłam. Postaram się wyłuskać z tego to co przynajmniej na pierwszy rzut oka wydaje się być warte uwagi. 


Listopad zdecydowanie należał do tegorocznego noblisty, Patricka Modiano. Nakładem kilku wydawnictw ukazało się w polskim przekładzie aż siedem powieści autora. Od 1981 roku, kiedy to Czytelnik wydał Ulicę ciemnych sklepików, do chwili obecnej polscy czytelnicy nie mieli okazji poznać twórczości Modiano. Szkoda że rodzimi wydawcy skupiają się tylko i wyłącznie na tych autorach i tutułach, które na sto procent przyniosą duży zysk. Podejrzewam że gdyby nie nagroda nobla, pan Modiano jeszcze długo zalegałby gdzieś na półkach bibliotecznych w wydaniu sprzed 30 lat. Twórczość noblisty jest mi całkowicie obca, więc trudno mi polecać lub odradzać któryś z tytułów.  Warto chyba jednak przekonać się co tak urzekło kapitułę. Wkrótce na blogu moja recenzja  Zagubionej dzielnicy

Mario Vargas Llosa jest chyba znany wszystkim obcującym z kulturą, chociażby z filmu Ciotka Julia i skryba z Keanu Reevesem, Peterem Falkiem i Barbarą Hershey. Kolejna powieść peruwiańskiego pisarza, również laureata nagrody nobla, przenosi nas do gorącego Peru w sam środek misternie utkanej historii. Zdrada, zemsta, wielkie namiętności i wymyśleni przyjaciele pozwolą oderwać się od ciemnej, zimnej rzeczywistości końca roku. 

Każda kolejna historia opowiedziana przez Erica - Emmanuela Schmitta staje się bestselerem. W najnowszej książce autor porusza temat dzisiaj niemodny, traktowany po macoszemu. Zastanawia się nad różnicą pomiędzy miłością a czysto fizyczną namiętnością, i jak łatwo jest pomylić jedno z drugim. 

Eleanor Catton debiutuje na polskim rynku wydawniczym. Wszystko co lśni jest pierwszym przekładem jej powieści na język polski. Opasłe tomiszcze z okładką przyciągająca uwagę nawet z drugiego końca księgarni, to historia trochę z dzikiego zachodu, mamy bowiem do czynienia z
gorączką złota w latach 60-ych ubiegłego wieku, i odrobinę nawiązująca do mrocznych, europejskich kryminałów. Ludzie znikający bez śladu, nieprzytomna prostytutka, która próbowała odebrać sobie życie i wiele innych sekretów splata losy dwunastu mężczyzn w jedną, wciągającą i niepokojącą opowieść.

Zbliża się koniec 17 wieku. Młoda dziewczyna, Nella Oortman, przybywa do domu swojego męża, bogatego kupca. Świeżo poślubiona małżonka nie czuje się komfortowo w towarzystwie mrukliwej szwagierki i męża, który niema wcale się nią nie interesuje. Nella otrzymuje od niego domek dla lalek, będący wiernie oddaną repliką ich wspólnego domu. Wkrótce okazuje się że dokładność odwzorowania nie jest wynikiem kunsztu i precyzji artysty, a upozorowane scenki z życia domowników są zapowiedzią przerażających wydarzeń. Tak pokrótce można opisać fabułę Miniaturzystki Jassie Burton. Najprawdopodobniej czytadło, ale zapowiada się bardzo interesująco. 

Dla odmiany coś bardziej rzeczywistego. Autor, Piotr C., porusza temat jakości naszego życia. Życia w kraju poniekąd rozwijającym się, kraju dobrobytu i wygodnego życia. Czemu młodzi Polacy żyją od weekendu do weekendu, mają problemy ze snem, o czym tak naprawdę marzą panie w eleganckich garsonkach? I czy życie trwa naprawdę tylko dwa tygodnie w roku? Przygnębiające ale prawdziwe. Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedzi w książce pod tytułem Pokolenie Ikea.

Na koniec, zmęczeni paskudną codzienności i koszmarami czającymi się po kontach, zawsze można przenieść się do Paryża, gdzie oczami Edwarda Rutherfurda będziemy śledzić losy kilku pokoleń czterech rodzin. Możemy też udać się do Apteki Literackiej, gdzie otrzymamy książkę odpowiednią dla naszych problemów. Prowadzący księgarnię Jean Perdu od lat nie potrafi jednak pomóc sobie samemu, wciąż cierpiąc z powodu odejścia ukochanej kobiety.  Tajemnicę księgarza poznamy w powieści Lawendowy pokój.



niedziela, 30 listopada 2014

Czarodziejka z wyspy Księcia Edwarda


Przyznaję się bez bicia, a co tam. W dzieciństwie uwielbiałem tę czarodziejkę z wyspy Księcia Edwarda. I wcale się nie wstydzę faktu iż to literatura zaszufladkowana tylko i wyłącznie dla dziewcząt. Czytając kolejne powieści i tomy opowiadań, marzyłem że jestem jednym z jej bohaterów, mieszkam na pięknej farmie i przeżywam fantastyczne przygody. Cniło mi się idealne, dzieciństwo. Dzisiaj już wiem że takie właśnie miałem, a to co opisywała Montgomery to nic innego jak jej niespełnione marzenia i oczekiwania przeniesione na papier. Widzę też że szara rzeczywistość, która nie oszczędziła Maud, jest obecna niemal w każdej jej książce. Dobrze ukryta za pięknymi zadaniami i na zawsze utrwalonymi chwilami, ale jest. Sierota Ania, która przez całe lata błąkała się po ludziach jak niechciany mebel albo pies, jej opiekunka Maryla, która zmarnowała swoją szansę na miłość, kolejna sierota Emilka, liczne stare i zdziwaczałe panny, późniejsze obawy przed wojną, śmierć bliskich osób, a w ostatniej, wydanej kilka lat temu w Polsce powieści Ania z wyspy Księcia Edwarda, także otwarta niechęć wobec uwielbianych przez miliony czytelników postaci.

Lucy Maud Montgomery nie miała łatwego życia. Gdy miała kilka lat zmarła jej matka. Bardzo szybko ojciec ożenił się ponownie, a macocha, spodziewająca się dziecka, nie chciała widzieć małej Lucy. Odesłano ją do dziadków, pary zgorzkniałych, oschłych i niesympatycznych ludzi. Kolejne lata, opisywane przez przyszłą pisarkę w dzienniku, przepełnione są tęsknotą za ojcem, ale jednocześnie bardzo przypominają jej prozę. Mała dziewczynka, potem panienka aż wreszcie młoda kobieta uciekała w świat fantazji, znajomych, spotkań towarzyskich, do siostry swojej matki Annie Macneill Campbell. Oddawała się też namiętnościom, w tym również tym szczególnym. Zaręczona z kuzynem, wdała się w romans z miłością swego życia, prostym farmerze Hermanie Leard. Była o krok od porzucenia dla niego wszystkiego. Niestety śmierć dziadka i rodzinne obowiązki sprawiły że nigdy więcej nie spotkała ukochanego, a zaręczyny z kuzynem zerwała. Po kilkunastu latach wyszła za mąż, bardziej z rozsądku niż z miłości, za pastora Evana MacDonalda, któremu urodziła trzech synów. Mało kto wie że przez większą część życia pisarka cierpiała na ciężką i przewlekłą depresję. Wpływ na to miały przeżycia z dzieciństwa, śmierć synka, tęsknota za rodzinną wyspą i zapewne nie do końca udane małżeństwo.

Po więcej szczegółów z życia pisarki zapraszam do lektury Maud z wyspy Księcia Edwarda autorstwa Mollie Gillen i po pamiętniki pisarki

sobota, 29 listopada 2014

Weź ciepłą czapkę, opatul się szalikiem, załóż kurtkę i idź na spacer

Gdy zacząłem pisać tego bloga powziąłem postanowienie, nigdy więcej nie porzucę książki w połowie. Nawet jeśli będzie beznadziejnie napisana, głupia i nudna, przeczytam do końca by móc potem skrytykować ją na blogu. Z żalem muszę przyznać że postanowienia nie wykonałem. Starałem się bardzo, ale było to ponad moje siły. W przeciągu tygodnia odłożyłem na bok, nie doczytawszy nawet do 1/3, dwie powieści. 


Pierwszą z nich jest Szmaragdowa Tablica autorstwa Carli Montero. Po tegorocznych wakacjach uwielbiam wszystko co włoskie, a że na naszym rynku wydawniczym literatury z półwyspu iberyjskiego jest tyle co kot napłakał, sięgnąłem po nią zachłannie. Początek był rewelacyjny. Piętnasty wiek, Florencja, Wenecja, Medyceusze, początkujący młody malarz i starożytna tajemnica. Wszystko opisane językiem bardzo zbliżonym do tego jaki sposób mówiło się 500 lat temu. Opowieść nagle urywa się i zostajemy przeniesieni kilkaset lat w przód, do Wilczego Szańca, gdzie Furer właśnie zakończył jakieś bardzo ważne spotkania. Pozostając sam w pokoju, otwiera teczkę z jeszcze ważniejszym listem i raportem z Berlina. Siadając w fotelu by przeczytać dokumenty, kładzie nogi na biurku, a w trakcie lektury uśmiecha się pod wąsem. Uśmiechający się Hitler? Zapewne to robił, ale większości ludzi kojarzy się raczej z zaciętym wyrazem twarzy, pokrzykiwaniami itd. itp Ja w każdym razie nie potrafię sobie tego wyobrazić. A te nogi na stole ? Co z niemieckim umiłowaniem porządku? No dobrze, przełknąłem to i czytałem dalej. Znów skok w czasie. Jesteśmy mniej więcej tu i teraz, w ekskluzywnej włoskiej restauracji. Narratorką i główną bohaterką jest młoda, i zapewne piękna kobieta (tego nie jestem pewien bo dalej nie czytałem, ale w takich utworach zawsze są piękne kobiety), której towarzyszy sporo starszy, ale bardzo zadbany, przystojny i w formie jakiej pozazdrościliby mu dwudziestolatkowie, mężczyzna. Kobieta delektuje się bajecznym deserem, a mężczyzna ponagla ją, bo chce jej pokazać jakiś bardzo stary i cenny papier, i boi się że go zachlapie czekoladą... W tym momencie poddałem się, spodziewając się kolejnej wariacji Kodu Leonarda. Nie mam nic przeciwko takiej literaturze, ale po przeczytaniu kilku podobnych powieści, mam ich po dziurki w nosie. Poza tym, kto normalny, a już na pewno nie znawca, kolekcjoner czy naukowiec, przynosi cenny i kruchy dokument do restauracji? Papier jest bardzo nietrwały i podatny na zniszczenia. Stare księgi chroni się przed światłem i wieloma innymi szkodliwymi czynnikami, w tym przede wszystkim dotykiem ludzkich dłoni. Nie pamiętam dokładnie o co chodzi, ale ma to coś wspólnego z kwasowatością papieru. Zdecydowanie szkoda czasu na wypociny pani Carli


Druga, niedoczytana powieść to Wyznaję Jaume Cabre. Jest coś pociągającego w literaturze iberyjskiej. Sięgam po nią często. Niestety zazwyczaj okazuje się być za trudna dla mnie, zwykłego czytacza i połykacza słowa pisanego. W tym przypadku również tak było. Jaume okrutnie obchodzi się z czytelnikiem, łamiąc wszelkie zasady kompozycji utworu, narracji i chronologii. W jednym akapicie zmienia sposób narracji z pierwszej osoby na bezosobową, przeskakuje o dziesięciolecia i stulecia w przeszłość, by na chwilę powrócić do teraźniejszości. Trudno jest zorientować się kto jest kim i z jakiego powodu pojawia się w wyznaniu, jakie stary człowiek kieruje do bliżej nieokreślonej kobiety. Dzięki tym zabiegom można poczuć się zagubionym, zmęczonym i wreszcie zniechęconym. Zdecydowanie nie jest to książka na którą szkoda czasu, ale przypadnie do gustu bardzo wąskiemu gronu.

Najlepiej wziąć ciepłą czapkę, opatulić się szalikiem, założyć kurtkę i iść na spacer. Potem zrobić sobie herbatki i zasiąść w fotelu z kolejną książką.

środa, 26 listopada 2014

Susanne Clarke "Jonathan Strange i Pan Norell"


Trzytomowe dziełko brytyjskiej pisarki, Susanne Clarke, jest jak śnieżna kulka rzucona ze szczytu wysokiej góry. Upada na ziemię i toczy się, stając się coraz większą i bardziej niebezpieczną. Początek pierwszego tomu  może być trochę nudny dla miłośników gatunku. Jak na powieść fantasy dosyć długo nie dzieje się nic fantastycznego ani magicznego. Co prawda mamy do czynienia z całą bandą magów, ale są to magowie stricte brytyjscy, bardziej naukowcy teoretycy od magi. Panowie magowie zbierają się w bibliotece i dyskutują na tematy magii i czarów. Broń Boże nie wolno jej uprawiać. To nie przystoi prawdziwemu dżentelmenowi. Wśród znakomitego towarzystwa ogromną popularnością i szacunkiem cieszy się Pan Norell, mag o ogromnej wiedzy i zagorzały przeciwnik praktyk czarnoksięskich. Jest poważany nie tylko przez kolegów po fachu, ale również przez zwykłych mieszkańców Londynu. Zapraszany na obiady, bankiety i bale bryluje w towarzystwie. Pewnego dnia pojawia się nowy mag, młody Jonathan Strange. Początkowo niewiele wie na ten temat, ale jest rządny wiedzy i ma chłonny umysł. Szybko zyskuje przyjaźń Pana Norella, od którego wiele się uczy. Nadchodzi w końcu moment, w którym Jonathan postanawia sprawdzić to czego się nauczył w praktyce. Błyskawicznie staje się osobą najbardziej pożądaną w dziewiętnastowiecznej londyńskiej śmietance towarzyskiej i otrzymuje posadę głównego maga w armii. Jak można łatwo się domyśleć, przyjaźń pomiędzy magami przeradza się w rywalizację. 

Z każdym rozdziałem zapadamy się coraz głębiej w bagno, jakim okazuje się być magia praktyczna. Poznajemy elfy, mroczne, niemal pozbawione uczuć, samolubne i dumne istoty, które nienawidzą ludzi, zmuszających ich czarami do posłuszeństwa. Dowiadujemy się też co tak naprawdę kieruje Panem Norellem, i dlaczego jak ognia unika rzucania zaklęć. Klimat powieści z zabawnego pastiszu nie wiadomo kiedy przeradza się w mroczną, ciężką i przyprawiającą o dreszcze powieść, od której nie sposób się oderwać.

Jonathan Strange i Pan Norell to naprawdę świetna fantastyka. W skali od 1 do 10 zdecydowanie 10 +, przy czym taką samą punktację przyznaję twórczości Gaimana. Kto zna i lubi tego pan już powinien biec do najbliższej księgarni albo biblioteki.Pozostali muszą uwierzyć mi na słowo. Warto.

wtorek, 25 listopada 2014

Erich Segal "Absolwenci"



Pamiętacie znany, obsypany nagrodami wyciskacz łez Love story, z Ali MacGraw i Ryanem O'Nealem, z niesamowitą muzyką Francisa Lai? Ekranizacja jednej z najbardziej znanych powieści dzisiejszego bohatera, Ericha Segala. Nie o tym tytule mam zamiar dzisiaj napisać, chociaż i o nim należałoby wspomnieć. Innym razem. Dzisiaj skupiam się na Absolwentach

Harvard, jeden z Amerykańskich mitów. Uczelnia którą ukończyły największe znakomitości U.S.A. i nie tylko. Marzenie setek młodych ludzi, czy może raczej ich rodziców, dla wielu niedoścignione, snobistyczne, elitarne miejsce.  Dyplom Harvardu otwiera wiele drzwi, by pozamykać inne. O tej uczelni, a właściwie jej studentach, potem absolwentach opowiada nam Segal. Poznajemy pięciu młodych ludzi, wśród których niektórzy nie mieli  wiele do powiedzenia przy wyborze wyższej uczelni. W murach tej samej alma mater studiowali ich ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie. Dla innych była to nagroda pocieszenia, gdy z racji pochodzenia nie przyjęto ich na wymarzony uniwersytet, a dla niektórych wymarzony raj, brama do lepszego, zachodniego świata. Nasi bohaterowie to genialni muzycy, polityczni uchodźcy z komunistycznych Węgier, zapaleni naukowcy, sportsmeni. Każdy z nich ma swoje wyobrażenia o przyszłym życiu i karierze. Tak jak każdy młody człowiek wierzą w to że zmienią świat. Bardzo szybko po zakończeniu studiów okazuje się jak bardzo ich plany i wyobrażenia mijają się rzeczywistością. 

Przez 30 lat śledzimy ich wzloty i upadki. Obserwujemy rozwijające się uczucia, zabijane potem przez pęd ku karierze, zaprzepaszczone szanse, okrutny showbiznes, który jest w stanie zniszczyć najpiękniejszą przyjaźń, ale też wielką, prawdziwą miłość, do odkrytej na nowo ojczyzny przodków, nie tylko do drugiego człowieka, wielkie bohaterstwo i poświęcenie. Tytułowi absolwenci popełniają błędy jak wszyscy, zwykli śmiertelnicy, którym nie dane było ukończyć najlepszej na świecie uczelni. Ich perypetiom towarzyszy wielka polityka i historia, szczegółowo opisująca fakty których czasem na próżno szukać w podręcznikach. W powieści znajdziemy również dość ważny wątek polski - Zbigniewa Brzezińskiego.

Pierwsze strony powieści mogą zniechęcić do czytania, bowiem sposób prowadzenia narracji przypomina trochę ten znany z Gry o tron. Pojawiający się co chwila nowi bohaterowie sprawiają że można się pogubić w tym kto z kim i dlaczego. Przebrnąwszy jednak przez początek szybko można się wczuć w akcję, a to co wcześniej przeszkadzało staje się nawet atutem. Segal opisuje niektóre wydarzenia z perspektywy kolegów i koleżanek danej postaci, którzy słyszeli, widzieli, czytali o tym czy o tamtym znajomym ze studiów.  

Erich Segal to jeden z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy XX wieku. Jego powieści długo nie schodziły z pierwszych miejsc bestsellerów. W prostych wydawałoby się historiach, ukrywa fundamentalne prawdy, albo odkrywa to czym amerykanie nie lubią się chwalić. Wszystkie jego dzieła, nie tylko Absolwenci, zasługują na to by je przeczytać.

piątek, 21 listopada 2014

David Foenkinos "Potencjał erotyczny mojej żony"


Od jakiegoś czasu mam smak na francuszczyznę. Nie na przeraźliwie śmierdzące sery bez smaku, żabie udka i ślimaki, ale na francuskie powieści. Może to odrobinę snobistyczne, ale miło jest napisać o sobie, albo powiedzieć komuś że lubi się francuskie powieści. Zainspirowany uroczym filmem Delikatoność, z Audrey Tautou, na podstawie książki Davida Foenkinosa, postanowiłem poznać bliżej jego prozę. Delikatność już znałem, więc nie pozostało nic innego jak rozejrzeć się za innymi tytułami pióra francuza. O wyborze zadecydowała okładka, na której ciemnowłosa kobieta w czerwonej sukience myje okno, czyli Potencjał erotyczny mojej żony

Od dawna nie miałem w rękach nowiutkiej, świeżutkiej, pachnącej, jeszcze przez nikogo nie czytanej książki. Celebrowałem więc chwilę gdy odginając okładkę zostawię nieodwracalny ślad, tak jak gdybym odbierał jej dziewictwo. W końcu, niezrażony nawet faktem iż autor uwielbia Gombrowicza, którego ja nie znoszę, zatopiłem się w pierwszej stronie, a chwilę potem poczułem że się czerwienię, oczarowany pisarstwem Davida. Jego styl jest jak niezwykle barwny obraz. Zdania przypominają pociągnięcia pędzlem, niemal widać odcisk włosia, a akapity kipią barwami i zaskakują odcieniami.

O czym jest Potencjał erotyczny mojej żony? Oczywiście o potencjale erotycznym żony głównego bohatera, Hektora, ale nie tylko. Hektor ma problem. Jest uzależniony od zbierania czegokolwiek, znaczków, patyczków, odznak, przysłów... Kolekcjonerstwo ma na celu wypełnić jego puste życie, z czego Hektor świetnie zdaje sobie sprawę. Postanawia więc wyleczyć się ze zbieractwa, zaczynając od niewłaściwej terapii, która wywróci jego życie do góry nogami. Nasz kolekcjoner spotka wiele przedziwnych postaci, jak na przykład dwóch polaków kolekcjonujących .... polaków występujących parami w powieściach, mężczyznę zbierającego chwile w których się stoi, mistrza kolarskiego, zdobędzie też przyjaciół, a co najważniejsze spotka swoją żonę. Całość historii Hektora ukazana jest ze sporym dystansem i przymrużeniem oka, dzięki czemu nawet w smutnych momentach czytelnika nie opuszcza dobry nastrój.

Oprócz opowiadania na prawo i lewo że lubi się francuską prozę, chciałoby się też powiedzieć tu i tam "moja żona", "moja żona to", "moja żona tamto", "moja żona i ja" itd. itp, tak jak Hektor, który delektował się faktem posiadania żony. I tym małżeńskim akcentem zakończę dzisiejszy post.

środa, 19 listopada 2014

Douglas Coupland, współczesny Kurt Vonnegut


Miałem zamiar napisać o pisarzach których lepiej nie czytać. Gdy usiadłem przed komputerem wydało mi się to jednak bezsensowne. Po co pisać o tym czego czytać nie warto? Lepiej skupić się na wybitnych autorach, takich jak Douglas Coupland, dosyć mało znany w Polsce pisarz i artysta. Dotychczas opublikował 13 powieści, 2 zbiory opowiadań i 7 książek non - ficion. Jest też autorem wielu scenariuszy filmowych i telewizyjnych oraz utworów dramatycznych. Jako prozaik zadebiutował w 1991 roku głośną powieścią Pokolenie X, dzięki której upowszechniły się takie pojęcia jak MacJob i Generation X. Bohaterami powieści są przyjaciele Andy, Claire i Dag. Szalone, nieco szokujące i zabawne poczynania tej trójki opisane są pod przykrywką komizmu. W rzeczywistości nie ma tu jednak nic śmiesznego. Są to postacie tragiczne, wyalienowane z konformistycznego, zmaterializowanego społeczeństwa. Za wszelką cenę chcą odciąć się od otaczającego ich świata i realiów w jakich przyszło im żyć, jednocześnie będą tym wszystkim przesiąknięci na wskroś. Temat który od lat nie traci na aktualności. 

Poddani Microsoftu, trzecia z kolej powieść w dorobku pisarskim, najprawdopodobniej uczyniła z autora śmiertelnego wroga Gatesa. Daniela Underwooda, narrator i postać pierwszoplanowa, tester programów Microsoft., pisze pamiętnik. Opisany w nim świat, jakże popularnych dzisiaj Korporacji, jest przerażający, zdehumanizowany. To świat pracoholików, ludzi okaleczonych uczuciowo i emocjonalnie, wykastrowanych z własnego JA, poświęcający wszystko dla dobra firmy. 

Szamponowy Świat to, wbrew pozorom, wcale nie opowieść o słodkich kobietkach spotykających się w salonie piękności by płakać i śmiać się, taplać we własnym sosie. Poznajemy natomiast młodego, zaledwie dwudziestoletniego chłopaka o imieniu Tyber, który mieszka w niewielkim miasteczku, w którym właśnie zlikwidowano zakłady atomowe. Miasteczko wymiera, ale dla naszego bohatera to żaden problem. Jest młody, ma samochód i zapas środków do pielęgnacji włosów. To wystarczy by stać się kimś. Dowcipna, ironiczna i w pewien sposób optymistyczna książka. 

Ostatni przeczytany przeze mnie utwór Couplanda to Wszystkie rodziny są nienormalne. Historia jednego spotkania rodziny Drummondów to najlżejsza i najbardziej zabawna z powieści Douglasa. W tej rodzinie naprawdę wszyscy są nienormalni. Nawet ukochana córka i siostra Sara, której wylot w przestrzeń kosmiczną na pokładzie wahadłowca jest przyczyną spędu rodzinnego, swoje szaleństwo ukrywa pod płaszczem racjonalizmu naukowca. Porwania, kradzieże, handel na czarnym rynku, strzelanina to codzienność członków tej familii. Niezwykle łatwo pakują się w kłopoty, nawet w najbardziej wydawałoby się banalnych sytuacjach. Dzięki temu są bardzo ludzcy i prawdopodobni. Wszystkie postacie wymyślone przez autora, w tej i innych książkach, pomimo swoich dziwactw, upośledzeń, kalectw, natręctw, zboczeń i wrednych charakterów nie dają się nie lubić.

Po polsku można przeczytać jeszcze Polaroidy z koncertu, Życie po Bogu i Złodzieja gum. O ile te dwie pierwsze pozycje, zbiory felietonów i innych tekstów non - ficion, próbowałem kiedyś bez sukcesu przeczytać, i więcej nie zamierzam, to po Złodzieja chętnie sięgnę, gdy tylko uda mi się go gdzieś zlokalizować. 


poniedziałek, 17 listopada 2014

Joanna Bator "Ciemno, prawie noc" - powieść dla hardcorowców


Śmiało można powiedzieć o Joannie Bator że jest kobietą pracującą. Pisarka, publicystka, felietonistka Gazety Wyborczej, jurorka międzynarodowej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, autorka prac naukowych, esejów, powieści i opowiadań. Ma doktorat z filozofii, pracowała jako adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, oraz wykładowca w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych. Serca polskich czytelników zdobyła Japońskim Wachlarzem, efektem dwuletniego pobytu w Japonii. W 2011 roku Pani Joanna porzuciła karierę naukową, poświęcając się pisarstwu.

Ciemno, prawie noc, to jej czwarta w dorobku powieść, i mam nadzieję że nie ostatnia. Autorka powraca w niej w rodzinne strony, do Wałbrzycha. Główna bohaterka, Alicja Tabor, przyjeżdża do miasta by zebrać materiał do reportażu o zaginionych dzieciach. Zatrzymuje się w domu w którym spędziła dzieciństwo. Stara, poniemiecka, sypiąca się willa sprawia że zewsząd, jak karaluchy, wyłażą przykre wspomnienia, układające się w przerażającą historię, o której dzielna dziennikarka starała się zapomnieć. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością, trwale wiążąc Alicję z przerażającymi wydarzeniami, jakie mają miejsce w Wałbrzychu. Autorka z wielką klasą kreuje mroczną wizję podupadającego miasta, pełnego dziwnych postaci niczym z filmów Davida Lyncha. Mamy tutaj bliżej nieokreślone kociary, kocińskie, babcyjki, co do których nie wiadomo kim są i czy naprawdę są, transseksualną bibliotekarkę Celestynę, tajemniczego, przypominającego trochę nowego Bonada, Marcin, kotojady, kryjącego się w ciemnościach Mosadama Husaina, samozwańczych proroków i oszustów, a w tle zamek Książ, jego ostatnią właścicielkę i tajemniczy skarb. Do bólu realistycznie przedstawiony został świat przeciętnego polaka, który jakoś wiąże koniec z końcem, wegetując w nieskończoność, oraz środowisku marginesu społecznego, bezrobotnych, alkoholików i dzieciorobów. Pisarka nie pozostawiła też suchej nitki na religijnym oszołomstwie, tak zwanych katotalibach. Powieść ukazał się w 2012 roku, zatem wiadomo co było inspiracją dla tego wątku. Byłem, widziałem i z przykrością stwierdzam że wydarzenia opisywane w książce w pełni oddają to co działo się pod słynnym krzyżem.

W zasadzie nie ma się tutaj do czego przyczepić. Nie polecałbym jednak lektury tej książki każdemu. Mroczność dosłownie wycieka z pomiędzy okładek, i niewprawny czytelnik może się szybko zmęczyć. Pozostali, literaccy twardziele, obowiązkowo dopisują ten tytuł do listy Musisz Przeczytać. A na koniec się pochwalę.