Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobre książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobre książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 października 2015

Kristina Sabaliauskaite "Silva Rerum"

Kristina Sabaliauskaite "Silva Rerum"

Jest połowa XVII wieku. Wielkie Księstwo Litewskie. Szlachcic Jan Maciej Narwojsz, wraz z żoną Elżbietą i dwójką dzieci, Kazimierzem i Urszulą, ucieka z plądrowanego przez Kozaków Wilna, by schronić się w rodzinnym majątku w Milkontach. Względny spokój, jaki tam odnajdują szybko mija. Kolejne poronienia Elżbiety, choroba i śmierć  dziecka i wreszcie zetknięcie się dzieci z tym posłańcem wieczności powoduje że nad rodziną zawisa cień. Bliźnięta Urszula i Kazimierz, dorastają w dobrobycie, którego słodycz psuje łyżka dziegciu - makabryczne wspomnienia z wczesnego dzieciństwa i zbyt często odzywające się dzwony żałobne. Urszula postanawia wstąpić do zakonu i zostać świętą, tak naprawdę tłamsząc w sobie dużo złych, ale bardzo ludzkich emocji, pychę, gniew i lęk przed śmiercią. Kazimierz natomiast planuje opuścić przyjazne schronienie na wsi, i wyjechać do Wilna na studia. Obydwoje, za przyzwoleniem rodziców, swoje plany z niejakim trudem wprowadzają w życie w tym samym czasie. W ostatnie spędzone w domu święta Bożego Narodzenia, na wigilijną kolację przychodzi bezdomny i obłąkany Bonifacy Głuptasek. Bonifacy widzi przyszłość jaka czeka młodych Narwojszów, o czym głośno opowiada przy świątecznym stole. Jego przepowiednie są jednak tak niejasne i nieprawdopodobne, że nikt z nich sobie nic nie robi. Tutaj akcja powieści znacznie przyspiesza. Wkraczają liczne nowe postacie, niezwykle barwne i zapadające w pamięć na długo, jak Marian Dowgiałło, przywódca jednej ze studenckich band, szantażujących mieszkańców stolicy Wielkiego Księstwa, i Jan Delamars, pochodzący z Francji ludwisarz. Żaden z bohaterów, choć wydawać by się mogło inaczej, nie jest jednoznacznie zły albo dobry. Każdy postępuje według swoich zasadach, powodowany takimi a nie innymi okolicznościami. Nawet dumna i nieco obłudna ksieni zakonu Bernardynek, w swoim mniemaniu kieruje się dobrem drugiego człowieka.

niedziela, 19 lipca 2015

C.S. Lewis "Mroczna wieża"


Z dzieciństwa pamiętam wielką fascynację cyklem powieściowym Opowieści z Narnii. Pamiętam pierwsze moje spotkanie z tą fantastyczną historią, w pewien sobotni poranek, gdy ze starszym bratem oglądałem po raz pierwszy animowaną adaptację Lwa, Czarownicy i Starej Szafy. Dopiero potem w moje ręce trafił cały cykl książek, które z bratem czytaliśmy na zmianę. Sięgałem po te powieści później jeszcze wiele razy, i niektóre tomy znałem niemal na pamięć. Wiele lat później, dzięki przemiłej redaktor naczelnej portalu dobre książki, miałem okazję poznać prozę Lewisa z nieco innej strony.

Mowa tutaj o wydanym w 2013 roku tomie krótkich form prozatorskich, autorstwa Lewisa, wcześniej raczej nie znanych szerszemu gronu odbiorców, a z pewnością nie polskim czytelnikom. Opowiadania i nowele, zawarte w tym tomie, odnalazł po śmierci autora w jego notatnikach i dokumentach, sekretarz i pomocnik Walter Hooper, jak głosi wstęp napisany przez tegoż właśnie Pana. Rękopisy zostały uratowane przed wrzuceniem do ogna, gdzie trafiło wiele z dokumentów pozostawionych przez zmarłego pisarza. Uważam że niszczenie spuścizny po tak wybitnych osobistościach jest złe, ale jednocześnie twierdzę że nie wszystko co zostało stworzone przez autora, powinno trafić do druku. Najwyraźniej sam Lewis też nie uważał by akurat te konkretne utwory nadawały się do publikacji. Sam fakt że dwa z nich, tytułowa Mroczna wieża, i ostatni w tomie Po dziesięciu latach, urywają się w trakcie, nawet nie wiadomo czy w połowie, czy też bliżej końca, przemawia za tym że takiego tekstu nie powinno się udostępniać. Czytelnik rozczarowany, nie dowie się jak obie historie się zakończyły, czego nie próbuje nawet dojść wspomniany już sekretarz, w wyjaśnieniach do obydwu utworów. 

Generalnie nie przepadam za opowiadaniami. Zanim człowiek zdąży się wczuć w akcję, polubić lub znienawidzić bohaterów, nadchodzi koniec i, albo zostajesz z niczym, albo zaczynasz czytać coś nowego, pobieżnie i niedokładnie, jedną nogą pozostając wciąż w zakończonej opowieści. Nie inaczej sprawa wygląda w przypadku Mrocznej wieży. Jedynie dwa teksty wciągnęły mnie i przypadły mi do gustu, tytułowa nowela i Anioły opiekuńcze. Mroczna wieża zainteresowała mnie swoim nietypowym podejściem do tematyki podróży w czasie, które potem niestety nieco zmalało. Próba uchwycenia filozoficznych rozważań na temat czasu w ramy ścisłej nauki przez pisarza - humanistę z krwi, kości i z duszy, wypada niezbyt przekonująco. Brak zakończenia tej, mimo wszystko zajmującej prozy, sprawił że miałem ochotę wyrzucić książkę przez okno. Anioły opiekuńcze natomiast, ukazały nieco inne oblicze angielskiego, konserwatywnego i nieco skostniałego dżentelmena, który zawsze kojarzy mi się z Antonym Hopkinnsem wcielajacym się w C.S. Lewisa w filmie Cienista dolina. Okazuje się że twórca postaci Alsana miał doś specyficzne poczucie humoru. Anioły przypominają mi też inną świetną powieść z tego gatunku, Kroniki Marsjańskie Raya Bradburyego. Poza tym że akcja obydwu utworów rozgrywa się na Marsie, to u obydwu autorów odnalazłem podobny klimat. Zaskakujące jest jaką wiedzę, lub też wyobraźnie na tyle bogatą, by umożliwić Lewisowi zobaczenie tego jak w przybliżeniu będą wyglądać w przyszłości podróże międzyplanetarne. Opowiadanie powstało przecież znacznie wcześniej, zanim rozpoczął się kosmiczny boom. 

Mroczna wieża spodoba się miłośnikom poza Narnijskiej twórczości Lewisa. Dla mnie jednak, wielkiego fana Ryczipiska i pozostałych niezapomnianych postaci, biorąc też pod uwagę perspektywę czasu, setki przeczytanych książek i obejrzanych filmów, opowiadania te wydają mi się nieco blade, pozbawione ikry i tego czegoś co przyciąga czytelników. Ani porywające, ani zachwycające. Do przeczytania, i szybkiego zapomnienia, bez żalu.


poniedziałek, 13 lipca 2015

Marian Izaguirre "Tamte cudowne lata"




Tamte cudowne lata to powieść w starym stylu, niedzisiejsza, magiczna jak stara pozytywka babci, z tańczącą małą baletnicą. Zamiast trzymać w ciągłym napięciu, zapierać dech w piersiach zwrotami akcji, prowadzi czytelnika uliczkami ludzkich emocji, przeżyć, tragedii różnego kalibru. Nie pozwala oderwać się od lektury i pozostawia lekki niedosyt, gdy dobrniemy do końca. 

Marian Izaguirre, autorka tej pięknej powieści, pochodzi z Bilbao, ale mieszka w Madrycie, gdzie też umiejscowiła część akcji swojej książki. Historia, którą poznajemy rozgrywa się w dwóch liniach czasowych, w Madrycie lat pięćdziesiątych oraz w Anglii i Francji, głównie w Paryżu, w latach 1900 – 1940, które w pewnym momencie łączą się w jedną. Praktycznie od razu czytelnik orientuje się o co chodzi, że coś takiego będzie mieć miejsce, ale nie umniejsza to przyjemności płynącej z czytania. Głównymi bohaterami powieści są Alice, samotna, nieco tajemnicza angielka w podeszłym wieku, oraz Matias i Lola, małżeństwo prowadzące antykwariat w zapomnianym przez świat zaułku Madrytu. Poznają się przypadkowo, gdy spacerująca Alice, miłośniczka literatury, spotyka Matiasa niosącego pod pachą stertę książek. Śledząc go trafia do antykwariatu, do którego od tej pory zagląda kilka razy w tygodniu. Kobieta chcąc pomóc antykwariuszowi, który ledwie wiąże koniec z końcem, zaczyna po kryjomu podrzucać do sklepu swoje książki, które potem kupuje. W ten sposób w ręce małżeństwa trafiają wspomnienia niezwykłej kobiety, których lektura stanie się podstawą przyjaźni między Alice a Lolą. 

Cudowne lata z pewnością nie przypadną do gustu czytelnikom preferującym powieści o wartkiej akcji i łatwe w odbiorze. Książka ta wymaga bowiem uwagi, skupienia i zaangażowania osoby czytającej, aby odkryć wszystkie drobne niuanse, kolory, odcienie i zdobienia.  Opowieść, w której pozornie nic się nie dzieje, przeradza się w dramat człowieka  dwudziestego wieku, stratowanego przez historię, nieustannie wystawianego na próbę przez los. To również opowieść o sile ducha, pochwała prostego życia, historia miłości, także do literatury. W powieści przewijają się nazwiska znanych pisarzy i poetów, a także tych dzisiaj już zapomnianych. Marian wyraźnie zafascynowana poezją Emily Dickinson, często przytacza fragmenty jej wierszy, oczarowując czytelnika nie tylko swoją prozą, ale również strofami tej pięknej poezji. Poznajemy też nieco lepiej kawałek współczesnej historii Hiszpanii, autorka bowiem delikatnie zarysowuje wątek wojny domowej w Hiszpanii, która pozostawia piętno na całej trójce. 

Czy Tamte cudowne lata mają jakieś wady? Zauważyłem tylko jedną, pewną przewidywalność, o której już wspomniałem. Nie warto jednak skupiać się na wadach, a raczej uwagę poświęcić zaletom, a tych jest znacznie więcej. Przede wszystkim klimat, pełen melancholii, tęsknoty, drobnych radości i ciepłych uśmiechów, tym cenniejszych że przebijających grubą warstwę smutku i zgryzot. To również hołd złożony kulturze, sztuce wysokiej, a przede wszystkim literaturze.

sobota, 27 czerwca 2015

Przez żołądek do kultury


Czy można czytać z zainteresowaniem książkę kucharską ? Dać się jej tak pochłonąć, że wszystkimi zmysłami znajdujemy się nagle na drugi końcu świata? Do niedawna powiedziałbym że nie. Chociaż lubię gotować, to po książki z przepisami sięgam tylko wtedy gdy mam upitrasić coś czego wcześniej jeszcze nie przyrządzałem. Smak tropików Kuchnie Pacyfiku Biruty Markuza zmieniła moje podejście do tego typu publikacji. 

Stwierdzenie że  Kuchnie Pacyfiku to tylko książka kulinarna, jest bardzo krzywdzące. To zdecydowanie coś więcej. Śmiało można powiedzieć że to literatura kulinarna. Autorka już we wstępie daje czytelnikowi do zrozumienia że jej zamiarem nie było napisanie kolejnego poradnika dla kucharzy, który będzie stał w kuchni obok młynka do kawy i nasiąkał zapachami i smakami, ale pozycji która ma nas czegoś nauczyć, poszerzyć choryzonty, przygotować do podróży w dalekie, nieznae rejony świata, gdzie podejście do sztuki kulinarnej jest zgoła odmienne od naszego. Biruta dyskretnie zwraca uwagę na fakt że w Polsce kiedyś było inaczej. Wspomina o ziarnku ryży, które w tropikach jest święte, tak jak kiedyś u nas chleb. Na klejnych stronach, niezwykle plastycznie uświadamia nam to co oczywiste, ale nie dla wszystkich zrozumiałe, mianowicie iż kultura jedzenia jest nierozerwalnie związana z filozofią, historią i wszystkimi mozliwymi aspektami kultury. 

Zagłębiając się w Kuchnie Pacyfiku, krok po kroku poznajemy kuchnię chińską, hinduską, indonezyjską, malajską, Sir Lanki, Filipin, Nowej Gwinei, Nowej Zelandii oraz Australii. Każda z części, zawierająca przepisy o zróżnicowanym stopniu trudności wykonania, poprzedzona jest krótkim wstępem historyczno - kulturalnym. Same przepisy mogą wydawać się nie do zrealizowania w Polsce, z braku odpowiednich produktów, lub też przez zbyt wysoką ich cenę. Dla chcącego jednak nic trudnego. W dobie internetu można z powodzeniem zamówić brakujące produkty w sieci, a zamówienie tą drogą większej ilości produktów często jest tańsze niż zakupy w tradycyjnym sklepie. Jeśli jednak nie uda nam się znaleźć niektórych składników, można zastosować ich zamienniki, lekko zmodyfikować recepturę, do czego zresztą autorka zachęca. Jedno czego zabrakło, to zdjęcia gotowych już potrwa, ale uznaję to za ukłon w stronę czytelnika, któremu trudno byłoby czytać opasłe tomiszcze, jakim zapewne stały by się Smaki tropików, gdyby zaopatrzyć je w materiał fotograficzny.

Zachęcam do podczytywania, bo tę książkę należy smakować jak najwyborniejsze danie, i poznawania innych kultur, bo jak zauważa autorka jedzenie jest przecież wszędzie sprawą ważną, ono wyciska podstawowe piętno na każdym środowisku.

wtorek, 19 maja 2015

Richard Ford "Kanada"


Hasło promujące na tylnej okładce Kandy głosi że jest to jedna z pierwszych wielkich powieści XXI wieku. Wiadomo, książka musi się sprzedać, wydawnictwo zarobić. Niestety nie mogę się z tym hasłem zgodzić. Do wielkiej powieści troszkę jej brakuje.


Dell Parsons, główny bohater i zarazem narrator powieści, ma piętnaście lat i mieszka w typowym, małym amerykańskim miasteczku. Ma siostrę bliźniaczkę, o imieniu Berner, i jak to bliźnięta różnią się pod każdym możliwym względem. Dell ma typowego amerykańskiego ojca, byłego żołnierza, dla którego zawsze wszystko jest ok, i zawsze się jakoś ułoży. Jego mama również nie wyróżnia się niczym szczególnym. Kobieta niespełniona jako żona i matka, nie do końca szczęśliwa,  zamknięta w sobie i unikająca towarzystwa innych ludzi. Któregoś pięknego dnia,  u schyłku lata, gdy nielegalne interesy ojca przestają się układać tak jak powinny, rodzina Parsonsów popada w problemy finansowe. Głowa rodziny wpada na idealny plan, który nie ma prawa się nie udać. Postanawia wraz z żoną obrabować bank. Ta decyzja nieodwracalnie zmienia życie wszystkich. Rodzice trafiają do więzienia, Berner ucieka z domu w obawie przed domem dziecka i opieką społeczną, a Dell, z tego samego powodu trafia do Kanady. Niewielka mieścina, miała stać się schronieniem. Szybko jednak okazuje się że chłopak trafił z pod rynnę. Chcąc nie chcą staje się świadkiem i uczestnikiem zbrodni o wiele większym kalibrze. 

Pierwsze co zauważyłem podczas lektury Kanady to potworna, irytująca infantylność i nieprzystosowanie do życia jej bohaterów. Najgorzej wypada Dell, piętnastoletni chłopak, który prawie nic nie wie na temat otaczającego go świata, nie zna się ani trochę na ludziach, nie ma prawdziwych kolegów, a za źródło wiedzy o wszystkim uważa kilku tomową encyklopedię. Jest bardzo dziecinny jak na swój wiek, i sprawia wrażenie lekko upośledzonego, autystycznego. Wrażenie to uwypukla scena, zdecydowanie niepotrzebna,  w której dochodzi do kazirodczego stosunku.  Rozkapryszona, irytująca Berner, spędza czas głównie w swoim pokoju, w towarzystwie rybki, słuchając radia. Matka, niezadowolona z życia, obwinia Bóg jeden wie kogo o to jak się potoczyło, rozmyślając o tym co by było gdyby. I wreszcie ojciec, optymistyczny aż do bólu, naiwny i fajtłapowaty przystojniaczek. Cała rodzina przedstawiona jest w sposób ewidentnie niekorzystny, jak gdyby autor poddawał krytyce swoich rodaków. Staje się to jeszcze bardziej widoczne w dalszej części powieści, gdy akcja przenosi się do Kanady, gdzie bardzo wyraźna widać niechęć pomiędzy Kanadyjczykami i Amerykanami. Bohaterowie stają się dzięki temu mniej realni. Trudno uwierzyć że ktoś może być aż tak ograniczony i wyautowany z życia jak ta czwórka. Przyczyny tego można doszukiwać się w przeszłości Beva, ojca bliźniaków, i jego żony, córki żydowskich emigrantów z Polski, ale to hipoteza szyta grubymi nićmi, gdyż  nie wydaje się być aż tak bardzo traumatyczna by skrzywić ich psychikę i zniekształcić życie  dzieci. 

Zdecydowanym atutem Kanady jest język jakim ją napisano. Richard Ford, zdobywca nagrody Pulitzera oraz przyznawanych przez amerykański PEN Club nagród: PEN/Faulkner Award i PEN/Malamud Award, tworzy rozbudowane zdania, za pomocą słownictwa, którego we współczesnej literaturze jest coraz mniej. Szczegółowo opisany świat lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, tak bardzo realny że niemal czuje się zapach przypalonego steku, zachwyca i jednocześnie przeraża.   Scenerię dla opisywanych wydarzeń stanowią niewielkie miasteczka i wioski, opustoszałe i niszczejące domy, ogromne połacie pustej ziemi, gdzie po horyzont nie widać niczego poza drzewami, a upływ czasu nie ma większego znaczenia. Nadmiar przestrzeni jest chorobliwie wręcz przytłaczający. Dla osób tak niepewnych siebie, każdego swojego kroku, jak Dell, staje się ograniczeniem, więzieniem. Tam gdzie nie ma prawie nikogo, nie ma dokąd uciec, gdzie się schować. Stajesz niemal nagi, wystawiony na ciosy i poniewierkę którą gotuje ci życie. Przetrwasz to i staniesz się silniejszy, albo zginiesz. Nie jestem pewien czy autor miał coś takiego na myśli, ale właśnie to, a nie banalne stwierdzenie że jedna decyzja może odwrócić wszystko do góry nogami,  stało się dla mnie głównym przesłaniem tej książki.

środa, 29 kwietnia 2015

Ismet Prcić "Odłamki"


Odłamki Recenzja
Czerwone słowa na okładce nie kłamią. Ismet Prcić zasypuje czytelnika odłamkami. Kawałki wspomnień swoich, cudzych, fantazji, majaków, zasłyszanych historii bombardują czytelnika ze wszystkich stron. Lecą z ogromną prędkością, tak że nie jesteś w stanie się przed nimi uchylić. Trafiają w głowę, serce,  zagnieżdżają się w duszy. Zaczynasz obficie krwawić myślami, uczuciami, skrywanymi głęboko obawami...

Nie ma co ukrywać, że od kilkunastu miesięcy chyba każdemu myśli choć na chwilę zaprzątnęło słowo wojna. Wielu nie widzi problemu, święcie wierząc, tak jak 75 lat temu, w to że nasi sojusznicy nie zostawią nas na pastwę losu. Inni natomiast obawiają się niewyobrażalnego koszmaru. Należę do tych drugich. Urodzony w Stanie Wojennym, nie pamiętam nic z tego okresu, a wojnę (dzięki Bogu) dotychczas znam tylko z filmów, podręczników i książek. Długi, długi czas byłem święcie przekonany że to nigdy nie zbliży się do mnie, i w żaden sposób nie stanie się częścią mojego życia. Nawet oglądają reportaże o wydarzeniach w Iraku, przechodząc obok ruin w Sarajewie czy Mostarze, nie czułem że wojna może być czymś realnym. Ismet Prcić swoim debiutem literackim udowodnił mi jak bardzo się myliłem. 

Historia Ismeta to historia ludzi takich jak my, pewnych pokoju i niezmienności stanu w jakim przyszło im żyć, przerażonych, martwiących się już zawczasu o to co nadejdzie. Tych którzy nie widzą co się naprawdę dzieje bo nie chcą, nie potrafią tego zobaczyć, i tych którzy widzą ze zbyt dużej odległości. Ludzi których strach paraliżuje, nie pozwala normalnie życie, wywraca psychikę do góry nogami, a także tych którym wewnętrzny system obronny nakazuje mieć to wszystko po prostu gdzieś. Czytając Odłamki, miałem wrażenie że uczestniczę w opisywanych wydarzeniach, stoję obok Ismeta, przysłuchuję się kłótni jego rodziców, czołgam się w błocie pod ostrzałem Czetników, ciągnąc za sobą ciało kolegi, i chowam się pod samochodem na odgłos fajerwerków. Myślę że to zasługa przede wszystkim tego że Prcić pisał o tym z autopsji. Otwierał ponownie ledwo zabliźniające się rany, by pozbyć się ostatecznie zalegającej w nich ropy. Autor, magister sztuk pięknych, uznany dramaturg i reżyser, nie używa języka górnolotnego, w ręcz przeciwnie, często potocznego, wulgarnego, na początku nieco rażącego. Mimo to opisując chociażby uszkodzone podczas ostrzału rzeźby na moście, robi to niemal poetycko.

Przyznaję że miałem niewielkie problemy z odbiorem książki. Gubiłem się zwłaszcza w momentach gdy pojawia się Mustafa, a przeżycia Ismeta stają się częścią jego wojennej biografii. Autor chciał chyba w ten sposób pokazać jak mogłoby wyglądać jego życie gdyby pozostał w Bośni. Trudno mi też było uwierzyć w łut szczęścia, jak non stop spotykał Prcicia podczas długiej drogi do Ameryki, i tak absurdalnych sytuacji jak spotkanie gromady najgorszych, serbskich wrogów w środku Kalifornii. Dopiero gdy zobaczyłem zdjęcia Ismeta na jego facebookowym profilu, zrozumiałem że należy do grona tych osób, którym wszystko może się przytrafi. Nie do końca zrozumiałe jest dla mnie również zakończenie. Trochę bełkotliwy strumień świadomości, który do mnie nie trafił. Któż jednak potrafi tak naprawdę zrozumieć kogoś kto przeżył wojnę, samemu jej nie zaznawszy?

Odłamki, pomimo pewnej dozy humoru, są bardzo smutną książką. Jedna z tych, których ponowne przeczytanie jest niemożliwe. To literacka drzazga, która wbija się głęboko pod skórę, zostając tam na długo.

niedziela, 14 grudnia 2014

Magdalena Tulli "Szum"


Trudno stwierdzić czy Szum to powieść, czy zbiór wspomnień, swego rodzaju rozliczenie się z przeszłością, przebaczenie, katharsis. W jednym i w drugim wypadku jest to utwór wyjątkowy, delikatny niczym figurka z chińskiej porcelany i jednocześnie niewyobrażalnie ciężki. Tak to już bywa ze wspomnieniami. 

Mamy tu do czynienia z kolejnym tytułem poruszającym problematykę wojny i traumy jaką była dla tych którzy ją przeżyli. Wyróżnia się jednak spośród wielu podobnych ujęciem tematu. Wojnę widzimy oczami dziecka a potem dorosłej kobiety, żyjącej wiele lat po jej zakończeniu. Wszędzie kręcą się martwi esesmani, w szkole uczy się dzieci pogardy dla zachodnich sąsiadów, mieszkających w nierealnym, potwornym miejscu, a odkrycie że Niemcy są prawdziwymi ludźmi jest szokiem.

W życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Każda przykrość która nas spotyka jest głęboko zakorzeniona w przeszłości, przekazywana z pokolenia na pokolenie. To co robimy w następstwie przykrych wydarzeń nie pozostaje bez echa, chociaż czasem jest ono tak ciche że wydaje się nam iż go niema. Koszmar jaki podczas wojny przeżyły matka narratorki i jej siostra, koszmar który miał miejsce na tym etapie życia który powinien być od nich wolny, w dzieciństwie, sprawił że na zawsze zgubiły drogę powrotną do tego co było wcześniej. Nie potrafiąc żyć normalnie, chowając się za murem pozorów, milcząc o tym o czym powinny był krzyczeć aż do zdarcia gardła, zatruwały same siebie oraz swoich bliskich. Próbują zapomnieć o tym co przeżyły podświadomie przerzuciły ciężar przeszłości na narratorkę, zamykając ją w niewygodnej szufladce i przypinając łatkę, niemal gwiazdę Dawida, tej złej i problematycznej. Mając władzę nad tym komu będzie lepiej a komu gorzej, wykluczając kogoś, odbierając wszelkie przywileje, można poczuć się na chwilę lepszym, silniejszym. Siostry zapomniały o tym, a może nigdy nie zostały tego nauczone, że łamiąc w kimś ducha kaleczymy też swojego własnego. 

Autorka opisuje również szarą codzienność, świat w którym każdy ma coś do ukrycia, czegoś się boi, przed czymś ucieka, a najlepszą obroną jest atak. Podkreśla to, czego być może niektórzy nie są wstanie zauważyć, że często gorsza od fizycznej jest przemoc psychiczna, słowna. Trudniej się bowiem przed nią obronić. Poznajemy szkolne realia sprzed kilku dekad, które  niewiele różnią się od współczesnych. Okrutne środowisko rówieśników, niczym dzikie zwierzęta pozbywające się ze stada słabszych, zbyt odstających od reszty osobników. Znerwicowani nauczyciele, przenoszący swoje osobiste problemy do szkoły, często odreagowujący niepowodzenia i frustracje na uczniach.

Szum jest książką bardzo osobistą. Nie tylko dla autorki, ale i dla czytelników. Każdy jest w stanie odnaleźć w niej fragmenty własnego życia, własnego szumu.

Za książkę bardzo dziękuję miesięcznikowi Modny Kraków  i dobrym książkom.