sobota, 23 stycznia 2016

Mark Greenside "Szaleństwa, gafy i trafy, czyli uczę się żyć we Francji (nie jest łatwo)"

Mark Greenside "Szaleństwa, gafy i trafy, czyli uczę się żyć we Francji (nie jest łatwo)" recenzja oczytanego faceta

Amerykański pisarz, nauczyciel i działacz społeczny, Mark Greenside, do tej pory znany był polskim czytelnikom dzięki opublikowanej przed kilkoma laty, bardzo zabawnej książce "Nie będę Francuzem". W ubiegłym roku, dzięki wydawnictwu Świat Książki, na półki księgarń trafiło polskie tłumaczenie kontynuacji bestseleru, jakim okazała się być opowieść o życiu obcokrajowca w Bretanii.


W "Nie będę Francuzem" każda z opowiedzianych przez Marka historii wywoływała salwy śmiechu. Dosłownie płakałem ze śmiechu czytając o tym jak  Greenside kupował liście laurowe na straganie, albo ustalał szczegóły remontu swojego nowego domu w Bretanii. Tego samego oczekiwałem po części drugiej, i pierwsze strony Szaleństwa, gafy i trafy, czyli uczę się żyć we Francji (nie jest łatwo), obiecują że w tym przypadku kontynuacja nie okaże się klapą.  Greeneside, by ułatwić sobie życie, podzielił  Szaleństwa... tematycznie. Pisze o ruchu drogowym, pieniądzach, zakupach, jedzeniu, itd itd. Pierwszy "rozdział", poświęcony właśnie ruchowi drogowemu, trzyma poziom. Autor opisuje swoje przygody z wydostaniem się z lotniska Charles De Gaulle, i kłopoty jakie miewają zmotoryzowani Francuzi. Niechcący powoduje wypadek samochodowy, i o dziwo nie trafia do więzienia, nie otrzymuje punktów karnych, nikt go nie zwymyślał ani nie pobił, a jego "ofiara" zaprasza go na suty posiłek do własnego domu. I to by było na tyle, jeśli chodzi o dobrą kontynuację. Kolejne "rozdziały" są coraz słabsze i gorzej napisane. Autor zgodnie z tytułem, opisuje kolejne gafy i nieporozumienia, jakich doświadczył na obcej ziemi. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było tak żałosne. W każdej sferze życia we Francji Greenside robi z siebie totalną ofiarę losu. Począwszy od wybierania z banku pieniędzy, co faktycznie nie wydaje się zbyt łatwe, poprzez zakupy w markecie, na gotowaniu i przyjmowaniu gości skończywszy. Przyznaję że sam kiedyś miałem problem w markecie na Łotwie. Wiedziałem że muszę zważyć jabłka, wiedziałem gdzie, tylko nie wiedziałem jak, bo waga nie miała polskiego ani angielskiego menu. Po pierwszej wpadce nauczyłem się jednak jak to działa. Autor najwyraźniej nie potrafił tego przeskoczyć. Zamiast przyjrzeć się co miejscowi robią z koszykami na monety, kombinował ze stertą podręcznych koszyków i toreb. Kupując pokrowiec na materac nie mógł, nie chciał, czy też nie potrafił zapamiętać znaczenia słowa na opakowaniu, dzięki czemu trzy razy kupił nie taki jak potrzebował. To tylko kilka przykładów głupoty jaką prezentuje autor. Mało tego, w kilku miejscach Greenside popisał się brakiem elementarnej wiedzy (co dotyczy się również redaktorów pracujących nad oryginalnym wydaniem), niedopuszczalnej dla pisarza i nauczyciela. Greenside potwierdził wszystkie opinie i stereotypy o swoich rodakach. Pisząc tę książkę Mark musiał mieć poważne problemy finansowe, albo jest w jakiś sposób upośledzony i, wbrew temu co pisze w książce, nie odczuwa wstydu ani upokorzenia. 

Autor podkreśla że nie przelewa mu się finansowo, czego zaprzeczeniem jest już sam fakt że mógł sobie pozwolić na kredyt w celu kupienia domu we Francji, a sumy które wydaje na posiłki, zakupy czy też remont i urządzenie domu, dowodzą tylko tego że nie należy do klasy średniej. Jest więc to książka o dość zamożnym Amerykaninie, próbującym się zaaklimatyzować w nowym miejscu i kulturze. Kolejna książka w długim szeregu podobnych tytułów. Rynek książkowy jest już przesycony podobną literaturą, a czytelnik chciałby wreszcie przeczytać coś bliższego jemu samemu, opowiadającego o zwykłym człowieku, przeciętnie zarabiającym, który rozpoczyna życie w innym kraju. Liczne  powtórzenia, całe akapity-wyliczanki kolejnych produktów czy też potraw, oraz niektóre konstrukcje gramatyczne, powiększają tylko niechęć do tego tytułu. Szaleństwa.... rodzą jedną tylko refleksję. Jakim cudem przez dwadzieścia lat, spędzając co roku kilka miesięcy we Francji, podobno inteligentny człowiek nie nauczył się języka, ani nie zdobył odpowiedniej wiedzy o życiu i kulturze, niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania? 

Jeśli ktoś był kiedykolwiek w kraju ślimaków i żabich udek, może porównać swoje doświadczenia, i stwierdzić czy zasłużenie skrytykowałem książkę. Tym spośród was, którym wyprawa do ojczyzny Wiktora Hugo dopiero się marzy, zdecydowanie odradzam Szaleństwa.... Książka zniechęci was do podróży, francuzów i Francji.

4 komentarze:

  1. Dobrze napisana recenzja. Z pewnością lepsza recka niż książka. Podziwiam że w ogóle dałeś radę przebrnąć.

    OdpowiedzUsuń
  2. HA! Wreszie udało mi się dodac komentarz! Mały skukcesik a cieszy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było tak źle, ale trochę szkoda czasu jaki przepadł w trakcie czytania

      Usuń
  3. Na szczęście, Francja nie jestem moim największym marzeniem, choć przy okazji chętnie odwiedzę :) Książka dość nietypowa, nie wiem,czy przypadnie mi do gustu, może kiedyś. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń