czwartek, 8 września 2016

Rosa Ribas, Sabine Hofmann "Dar języków"

http://selkar.pl/dar-jezykow-2?from=listing&campaign-id=4?aff=dzeykob

Z kryminałami jest tak że się je uwielbia, albo reaguje na nie alergią. Od każdej reguły zdarzają się wyjątki. Czasem ktoś wpadnie na genialny pomysł, który w połączeniu z talentem owocuje powieścią uwielbianą przez miłośników sensacji, oraz przez tych, którzy po ten gatunek sięgają z niechęcią. Coś takiego udało się napisać Rosie Ribas i Sabinie Hofmann.

Historia, jaką opowiadają nam Rosa Ribas i Sabine Hofmann różni się od typowych powieści kryminalnych. Przede wszystkim popełnione przestępstwo, morderstwo zamożnej wdowy,  które jest kamyczkiem wywołującym lawinę zdarzeń, jak i kolejne, związane z nim morderstwa, rozgrywają się poza sceną. Kolejni bohaterowie giną w tak zwanym międzyczasie. W powieści nie brak jednak przemocy, tej fizycznej jak i psychicznej. Brutalne przesłuchania na komendzie, pobicia, prześladowania, mobbing i dyskryminacja. Szara codzienność w państwie totalitarnym. Autorki nie skupiły się tylko na kryminalnej zagadce i próbach jej rozwiązania, ale zwracają też naszą uwagę na istotny problem, jakim była rola kobiety w frankistowskiej, bardzo zmaskulinizowanej Hiszpanii. Drugą, zasadniczą różnicą jest brak jednej, głównej postaci. W śledztwo zamieszanych jest wiele osób, i każda z nich, choć na chwile, staje się narratorem. Takie rozwiązanie sprawia iż trudniej się utożsamić z bohaterami, ale nie jest o niemożliwe. 

Akcja kryminału rozgrywa się w Barcelonie, w latach pięćdziesiątych minionego wieku, tuż przez Kongresem Eucharystycznym. Mariona Sobrerocca, wdowa po bogatym, wpływowym lekarzu, zostaje zamordowana w swojej posiadłości. W związku ze zbliżającym się wydarzeniem, które do stolicy Katalonii przykuje uwagę całego świata, śledztwo w sprawie ma być przeprowadzone wzorowo i skutecznie, a przynajmniej tak ma być przedstawione opinii publicznej. Zaangażowana do tego zostaje "La Vangardia", gazeta codzienna, a temat przydzielono młodej, ambitnej dziennikarce, Anie Marti, która do tej pory zajmowała się kroniką towarzyską. Zadanie, które dla dziewczyny  miało być szansą na wybicie się, szybko wymyka jej się spod kontroli. Prosta do rozwiązania sprawa zabójstwa na tle rabunkowym, którą próbowała rozwikłać dla zabicia czasu, przerasta dziennikarkę. Jej życiu, a także osób które niechcący wplątała w swoje prywatne śledztwo, zagraża niebezpieczeństwo. W miarę rozwoju wypadków, śledztwo nabiera tępa, a zwroty akcji pojawiają się coraz częściej, i choć nie są spektakularne, trzymają czytelnika w napięciu do ostatnich stron.

Wielką zaletą Daru języków jest jego nieprzewidywalność. W wielu kryminalnych opowieściach z łatwością można wydedukować zarówno motyw popełnionej zbrodni, jak i winowajcę, zanim jeszcze autor zbliży się do finału. U Ribas i Hofmann niemal do samego końca nie wiadomo kto jest mordercą, a rozwiązanie zagadki, z jednej strony ostateczne, z drugiej jednak nie zamyka sprawy. Bohaterowie, postacie niejednoznaczne, ze swoimi słabostkami i wadami, zmuszeni do ostatecznych posunięć, nie potrafią już powrócić do dawnego życia, zastanawiając się co ich odróżnia od zbrodniarza. Piękne odwzorowany klimat dawnej, nieco zaniedbanej, jeszcze nie obleganej przez turystów, Barcelony, po trosze przypomina to co znamy ze słynnego "Cienia wiatru". Miasto jest jednak znacznie bardziej mroczne i niebezpieczne niż u Zafona. Nad mieszkańcami, bez względu na to czy należą do śmietanki towarzyskiej, zubożałej socjety, czy też reprezentują najniższe warstwy społeczne, wisi cień wspólnego wroga, niemal absolutnej, bezwzględnej władzy, jaką w swoich rękach skupia gubernator, podlegli mu urzędnicy, a nawet policja.

Dar języków jest smakowitym kąskiem literackim. Zgrabnie napisany kryminał i powieść obyczajowa w jednym, stanowi świetną alternatywę dla czytelników zmęczonych ambitną, zmuszającą do "emocjonalnego dziergania" powieścią, a sztampową literaturą popularną. Bardzo udany debiut na polskim rynku wydawniczym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz