piątek, 28 października 2016

Ottessa Moshfegh "Byłam Eileen"

oczytany facet

Przemiana głównego bohatera to chyba jeden z najczęściej wykorzystywanych motywów, zarówno w literaturze jak i kinie. Trudno w tym temacie stworzyć coś nowego, świeżego i oryginalnego. Z tą "górą" zmierzyła się Ottessa Moshfgh, młoda, amerykańska pisarka. Za swoją ostatnią powieść, Byłam Eileen, otrzymała nominację do prestiżowej Man Booker Prize. Zatem według kapituły wszystko się autorce udało. Czy jednak na pewno?


Byłam Eileen to opowieść starej kobiety o najważniejszym dniu w jej życiu. O kilku godzinach pewnej Wigilii, punkcie zwrotnym w jej życiorysie. Fakt że wydarzenie miało miejsce właśnie w Wigilię Bożego Narodzenia nie jest przypadkiem. Bohaterka, Eileen, tej właśnie nocy narodziła się na nowo. Właściwie to urodziła się po raz pierwszy. Dotychczas udawała że oddycha, myśli i czuje. Przybierała różne maski, nazywając je maskami pośmiertnymi, byle tylko nie zdradzić się przed nikim ze swoją prawdziwą twarzą, Do tego dnia żyła w cieniu swoich rodziców, starszej siostry i swoim własnym. Chłonęła z otoczenia opinie innych, przyswajając je jako swoje własne. Osoba niestabilna, emocjonalnie rozchwiana, obarczona bagażem niechęci i wstrętu do samej siebie, graniczącej z autoagresją. Taki pakunek negatywnych emocji zagwarantowała jej rodzina mocno odbiegająca od normy. Marzyła tylko o jednym, by być kochaną, by być komuś bliska. Dla tego też tak łatwo poddała się wpływom Rebecci, katalizatora wszelkich zmian w jej życiu. 

Z opowieści Eileen dowiadujemy się jej relacje z rodzicami, zwłaszcza z ojcem, zbudowane były na niezdrowych emocjach. Eileen, nie licząc krótkiego epizodu na studiach, nigdy nie opuszczała rodzinnej miejscowości. Stąd też kobieta ma znikome pojęcie o świecie, rządzących nim prawach, a jej pojęcie dobra i zła jest mocno wypaczone. Coś niecoś, gdzieś przeczytała, usłyszała, zobaczyła, i na tej podstawie wiele sobie wyobraża. Najczęściej te imaginacje mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bliżej im do rojeń i fantazji zbuntowanego dziecka, niż dorosłej, młodej kobiety. Jest przekonana o tym że jej rodzina jest patologiczna, oraz o swoim ciężkim losie. Dopiero wigilijna konfrontacja, zetknięci z prawdziwym koszmarem, uzmysławia jej że nie było wcale tak źle, jak jej się wydawało. 

Opowieść, jak to opowieść, zwłaszcza snuta z perspektywy czasu, odbiega od głównego wątku, wiruje, krąży wokół niego, tak jak przywoływane z pamięci wspomnienia. Podobny zabieg zastosował w swojej genialnej powieści "Weiser Dawidek" Paweł Huelle. U niego narracja zatacza coraz węższe kręgi, aż w końcu poznajemy całą historię. U Moshfegh jest jednak inaczej. Autorka rozpisała wstęp do właściwej akcji, która zamyka się ledwie w dwóch rozdziałach, na kilkadziesiąt stron. Eileen opowiada o wydarzeniach wcześniejszych, odległych i bez związku z bieżącymi wydarzeniami, lub wybiega w przód. Częste są powtórzenia pewnych stwierdzeń czy też zapewnień wypowiadanych przez narratorkę, a momentami wkradają się w narrację potoczne wyrażenia. Dzięki temu opowieść Eileen zyskuje na autentyczności. 

Czytając Eileen spodziewamy się trzymającej w napięciu, wstrząsającej powieści, na miarę najlepszych thrillerów. Niestety tak nie jest, i można mieć zasłużony żal do Ottessy Moshfgh, Pisarka wodzi czytelnika za nos. Co i róż wspomina bardzo ogólnikowo, tak by za szybko nie zdradzić zbyt wiele o finale tej historii. Chwytamy się tych fragmentów jak ostatniej deski ratunku, z nadzieją że to już, że właśnie rozpoczyna się zasadnicza część książki, by po kilku stronach zostać znów sprowadzonym do parteru przez to gawędziarsko-literackie rozmycie. Sam wątek rodzinnych i życiowych problemów głównej bohaterki nie poraża tragizmem. Mimo duchowych, emocjonalnych cierpień, jakie przeżywa Eileen, nie jesteśmy wstanie jej współczuć. Wręcz przeciwnie. Budzi odrazę, i jedyne na co ma się ochotę, to potrząsnąć nią, spoliczkować i wykrzyczeć w twarz "ogarnij się dziewczyno!". Dopiero moment zwrotny wprowadza czytelnika w jako takie zaskoczenie, O tym że pojawi się, oraz gdzie popchnie bohaterkę wiemy od pierwszych stron. Zadziwiające i trochę nieprawdopodobne jest jednak to że Eileen uległa nagłej i całkowitej przemianie zaledwie w kilka godzin. 

Mimo wyraźnej literackiej sprawności Byłam Eileen rozczarowuje. Po powieści nominowanej do Bookera oczekuje się czegoś więcej niż tylko sprawnie napisanej historii o przemianie poczwarki w motyla. Prawdziwie dobra literatura powinna skłaniać do refleksji, wzbudzać emocje, kontrowersje, wnieść w życie czytelnika coś, co pozostanie po zakończeniu lektury. Z Eileen wiąże się tylko jedna, mało odkrywcza myśl, że zawsze może być gorzej, że inni mogą mieć gorzej. Czy zatem czytać Ottesse Moshfgh? Decyzję pozostawiam Wam. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz