sobota, 8 sierpnia 2015

Jaroslav Rudiš "Cisza w Pradze"




Literatura czeska nigdy mnie nie pociągała. Kiedyś, gdy cierpiałem na ciężkie niedoczytanie, a nic innego, wartego uwagi nie było pod ręką,  sięgnąłem po "Pociągi pod specjalnym nadzorem". Spodobały mi się, ale kolejne dzieła Hrabala nie przypadły mi do gustu. Nie udało się również z Kunderą, a dzięki popularnemu u nas Szwejkowi, czeska proza długi czas kojarzyła mi się głównie z przaśnymi i rubasznymi,  starszymi panami z dużym brzuchem i wąsem, z czasami gdy panowały Austro – Węgry, i nie miałem ochoty zagłębiać się w ten świat. Moje podejście do tej literatury uległo przemianie w momencie gdy od  portalu Dobre Ksiażki – Magazyn o Literaturze otrzymałem do zrecenzowania „Macoszkę”. Potem było jeszcze spotkanie z Jaroslavem Rudišem w ramach Miesiąca Spotkań Autorskich, i poczułem się zauroczony twórczością naszych sąsiadów. Skorzystałem więc z okazji, i podczas kolejnych wieczorów autorskich, w festiwalowej księgarni nabyłem Ciszę w Pradze



Jaroslav Rudiš byłby świetnym pracownikiem marketingu. Zrobiłby wielką karierę, gdyż potrafi zainteresować potencjalnego nabywcę nawet najbardziej niepotrzebnym i zepsutym przedmiotem. Podczas spotkania autorskiego pięknie opowiadał o swojej prozie, w tym zwłaszcza o Ciszy w Pradze, zarzucając przynętę na tych którzy powieści jeszcze nie czytali. Przynętą było świetne zresztą hasło „Z Ciszą w Pradze można podróżować po Pradze. Tramwajem”. Jako że uwielbiam podróże, w stolicy Czech jeszcze nie byłem, a bardzo chciałbym tam pojechać, dałem się na tego robaczka złapać. 

O czym jest ta książka ? Chyba o ciszy, ale pewności nie mam. Zewsząd dobiegają hałasy, muzyka, auta, samoloty, tramwaje, rozmowy. Zresztą dziś żadne duże miasto nie cichnie nawet na chwilę. I o tym chyba miała opowiadać Cisza w Pradze, o poszukiwaniu chwili bez dźwięku, chwili spokoju, oddechu, chwili dla myśli, którą zabija hałas. Coś jednak Jaroslavovi nie wyszło. Czytelnik otrzymuje bardzo płytką historię kilkorga ludzi, mieszkańców Pragi, których drogi splatają się pewnego dnia u schyłku lata. Brzmi jak stara, zdarta płyta, prawda? Powieść przypomina popularne filmy, jak "To właśnie miłość", czy "Walentynki" z Julią Roberts. Daleko jej jednak to wspomnianych filmów, które za każdym razem ogląda się z przyjemnością, i mimo że zbyt głębokie nie są, zawierają pewną dawkę wrażliwości. Rudiš starał się nadać swojej prozie głębi, z postaci uczynić bohaterów z krwi i kości, ale mu to nie wyszło. Jego bohaterowie są dość stereotypowi, płascy, wręcz irytujący w swoim niezadowoleniu z życia i miejsca w którym przyszło im mieszkać.  Plączą się bez  celu to tu to tam, prowadząc nijakie rozmowy o niczym konkretnym, wtrącając co chwila słowa w języku angielskim. Strasznie to irytujące, zwłaszcza że dla Rudiša najwyraźniej wszyscy współcześni prażanie nawet w myślach angielskie zwroty. W powieści każdy jest też oszalały na punkcie seksu, nawet Vladimir, zdziwaczały, samotny wdowiec, przeżywa metafizyczny orgazm ze zmarła żoną. Nieprawdziwe okazuje się też stwierdzenie że Cisza może posłużyć za przewodnik po Pradze. Autor umiejscowił akcję zaledwie w kilku miejscach tego prawie 2 milionowego miasta, przedstawiając je raczej w niekorzystnych barwach. Ciszę w Pradze można ze sobą zabrać na wędrówkę, ale pod warunkiem że pozostanie w plecaku, a pod ręką będziemy mieć prawdziwy przewodnik. Zbliżając się do końca lektury, miałem nadzieję na spektakularny finał, który uratowałby całą resztę średniej prozy. Niestety tutaj również spotkał mnie zawód. Miało być wielkie brzmienie, mocne uderzenie, punkowy koncert,  a potem wielka cisza, a były infantylne pioseneczki zbuntowanej nastolatki, śmieszna bójka i faktycznie wielka cisza. 

Jedyne co ma jakąkolwiek wartość  to pewna myśl autora, dotycząca lat dziewięćdziesiątych i czasów współczesnych. Rudiš trafnie zauważył że ostatnia dekada XX wieku była jakaś, kolorowa, pełna znaczeń, ideologii i subkultur. Chociaż dopiero co wyszliśmy z komunizmu, w którym każdy miał być taki sam, wszyscy się mniej lub bardziej pięknie różnili. Teraz mamy wszystko, ale nie potrafimy z tego korzystać. Przyjmujemy miałką, medialną papkę bez wyrazu i znaczenia, jak gdyby była komunią, życiodajnym napojem. Bez protestów pozwalamy się wtłaczać w sztywne ramy nowoczesności, oddając w zamian swój indywidualizm.

2 komentarze:

  1. Polecam "Boginie z Zytkovej" K. Tuckovej oraz "Zapytaj taty" J.Balabana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Tytuły zapamiętam i na pewno przeczytam, a przynajmniej postaram się z nimi zmierzyć.

      Usuń

SpisBlog
katalog blogów
zBLOGowani.pl