sobota, 29 sierpnia 2015

John Haskell "Amerykański czyściec"


Siedem grzechów głównych. Siedem stopni wtajemniczenia. Tak głoszą słowa na okładce i reklamująca książkę notatka prasowa. Wtajemniczenia do czego ? Chyba tylko i wyłącznie do nudy, mocno pretensjonalnej nudy. 

Główny bohater Amerykańskiego czyśćca pewnego dnia, podczas zakupów w przydrożnym markecie, doznaje olśnienia, iż coś się właśnie dzieje, coś się zmienia. Bardzo to odkrywcze, biorąc pod uwagę fakt że cały czas coś się dzieje, w każdej sekundzie świat ulega przeobrażeniom. Przyjmijmy jednak że było to bardzo osobiste objawienie, a ów biedaczyna był dotąd na tyle zaślepiony by nie zauważyć tego niekończącego się procesu. Gdy kończy zakupy i wraca na parking, okazuje się że jego samochodu, oraz czekającej w nim żony, nie ma. Tu rozpoczyna się ta rzekoma droga do wtajemniczenia. Nasz bohater czyni pierwszy krok i siada, czekając aż żona wróci. Takie zniknięcie ukochanej osoby jest bez wątpienia tragedią. Zwłaszcza gdy nie wiadomo czy ten ktoś uciekł czy został porwany, a może spotkało go jeszcze coś innego, znacznie gorszego. Nie doczekawszy się powrotu żony, mężczyzna wraca do mieszkania. Odnajduje tam mapę, na której zaginiona wyznaczyła trasę. Uznając to za wskazówkę gdzie teraz przebywa zaginiona kobieta, oszalały z niepokoju mąż wyrusza w podróż. 

Motyw powieści drogi, chociaż już mocno sfatygowany, wciąż może zaciekawić. Tym razem coś zdecydowanie poszło nie tak. Autorowi, określanemu mianem Warhola literatury, najzwyczajniej w świecie zabrakło talentu i umiejętności do napisania takiego utworu. Amerykański czyściec pęka w szwach od upchniętych na siłę, niemal na każdej stronie, filozoficznych przemyśleń. Nie wiem dla kogo John Haskell pisał swoją książkę, ale filozofia prezentowana na jej kartach przypomina podręczniki z serii "Dla Opornych". Niepotrzebne, drobiazgowe rozbieranie każdej myśli na czynniki pierwsze sprawia że jej sens rozmywa się w niekończących się wyjaśnieniach. Aż ma się ochotę wstać, dać temu jęczącemu ciągle poszukiwaczowi żony w twarz, i wypluć mu prosto w twarz "ogarnij się w końcu facet". Trochę to przypomina Murakamiego, ale to Haskellowskie rozmemłanie jest zdecydowanie nie do przyjęcia.

Czytając powieść drogi, spodziewamy się całego wianuszka barwnych postaci. Zabawnych, wzruszających, przerażających sytuacji. Niczego takiego nie znajdziemy w Amerykańskim czyśćcu. Drugoplanowi bohaterowie są płascy, nieciekawi, przypominają marionetki, albo tandetne dekoracje w tanim, szkolnym przedstawieniu. Są, ale równie dobrze mogłoby ich nie być. Widzę w tym pewien zamysł autora, ta beznamiętność, brak wrażliwości i współczucia dla drugiego człowieka, zrozumienia dla trapiących go problemów, miały ukazać potworność współczesnego świata, sprawić że czasem naprawdę można poczuć się jak w czyśćcu. Pomysł dobry, ale wypada blado przy reszcie spapranej pisarskiej roboty. 

Jeśli ktoś spodziewał się po lekturze tej powieści emocji na miarę głośnego filmu "Siedem", bardzo się zawiedzie. Amerykański czyściec jest dobry na problemy ze snem. Mimo iż nuży niemiłosiernie, czytasz dalej, by jak najszybciej dobrnąć do końca, i przekonać się czy Anne, zaginiona żona, się odnajdzie. Nawet nie zauważycie kiedy zaśniecie w pół zdania.

2 komentarze:

  1. Mój gust czytelniczy jest wąski co do wyboru autorów. Zwykle kończy się na Wiśniewskim,a czytając takie recenzje jak Twoja skutecznie odbiera mi apetyt na eksperymenty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście nie uznaję Wiśniewskiego. Moim zdaniem to grafoman, ale szanuję upodobania innych.

      Usuń

SpisBlog
katalog blogów
zBLOGowani.pl